Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Doświadczenie zbiorowości

Długo zbierałem się w sobie, żeby tutaj wrócić; różne miałem pomysły - jedne lepsze, drugie gorsze. Potem się tak człowiek odzwyczai i już coraz mu ciężej, coraz mu ciężej... Aż w końcu wszystko pójdzie w zapomnienie, w odstawkę; przykryje się warstwą kurzu...

Ale dość już o tym, bo obiecałem sobie, że nie będę więcej robił wielkich wstępów z powodu kolejnych wielkich powrotów.

Wczoraj po raz 25. zagrała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. W sumie - technicznie rzecz ujmując - fundacja ta działa przez cały rok, ale wczoraj było wspaniale: wielki finał, fajerwerki, pompa; karnawał pomagania,  rzec można. Odkąd pamiętam, wspieram WOŚP - czy to jakimś groszem, czy jako wolontariusz przez kilka lat; WOŚP wspierało się zawsze także u mnie w domu. Ale co z tego, powiecie. Nie, nie piszę, żeby się tym szczycić. Chodzi o coś innego.

Otóż oprócz oczywistego aspektu, jakim jest pomaganie najmłodszym, a od kilku lat także tym najstarszym ludziom, WOŚP robi nam Polakom jeszcze jedną fajną rzecz: funduje nam poczucie, że jesteśmy razem, że możemy razem zrobić coś dobrego - dzisiaj dla innych, a jutro być może dla siebie. I choć co roku podnosi się ta sama gównoburza: Owsiak kradnie; Za hajs z WOŚP-u nasze dzieci ćpają na Woodstocku; Złoty Melon i Matka Kurka, to wierzę, że jest to jednak margines; bardzo chcę w to wierzyć.

Chcę wierzyć, że Pan Terlikowski to już tego marginesu margines; że człowiek, który twierdzi, że wspierając WOŚP popieramy aborcję i eutanazję (bo takie prywatne poglądy ma Pan Owsiak) - to odosobniony przypadek. Pewnie tak nie jest, ale ja chcę w to wierzyć.


Autor zdjęcia: Aleksi Wit. Za zgodą autora.

(Swoją drogą, jeśli koleś, który popiera aborcję i eutanazję, tak prężnie działa na rzecz noworodków i starszych ludzi, że z pewnością pomógł im bardziej niż sam wielce-nawrócony-Chazan, to chyba lepiej, żebyśmy w kraju nad Wisłą mieli samych takich.)

Zostawiwszy już jednak takie ekstrema w tyle, wracam do tego poczucia jedności - może jestem jakiś dziwny, ale mnie osobiście doświadczenia zbiorowości wzruszają bardziej niż łzawe często nawet jednostkowe historie.

Tak mam właśnie z WOŚP - w dniu finału jestem dumny, że jestem częścią tego przedsięwzięcia, że tu naprawdę dzieje się coś dobrego; potem gdy na zajęciach czy praktykach przewijam się przez kolejne szpitale i widzę wszystkie te sprzęty z czerwonym serduszkiem to wiem, że to nie jest ściema.

Ważna sprawa - WOŚP jest fundacją. Czyli firmą. Wiele złego wynika z tego powodu, że nie potrafimy w Polsce mówić o pieniądzach bez pruderii. Fundacja to firma usługowa - tak na moje niespecjalistyczne, niebiznesowe myślenie - której usługą jest zapewnianie pomocy innym. A więc tak, WOŚP oprócz wolontariuszy ma pracowników. Nie pytajcie mnie o liczby, bo wszystkie one są dostępne w sprawozdaniach finansowych, które muszą być podawane do wiadomości publicznej, do czego zobligowana jest każda organizacja pożytku publicznego. Mnie osobiście wymierność WOŚP-owej pomocy i jej namacalność wystarcza by stwierdzić, że fundacja ta działa dobrze i że liczby są mi do niczego niepotrzebne, bo po prostu mam do niej zaufanie.

Czy można oczekiwać, że ktoś, kto przez cały rok zaangażowany jest w pracę fundacji do tego stopnia, że nie ma czasu na podjęcie innej pracy, wykaże się taką ascezą, że ani grosza z tego nie uszczknie? Absurd... Zastanówmy się, czy my sami, czy ja robiłbym bez przerwy coś dla innych bez żadnej zapłaty? Z drugiej strony, po co ktoś szefujący fundacji - jakiejkolwiek, nie tylko WOŚP - miałby szukać innej pracy, skoro to właśnie fundacja jest jego źródłem dochodu i jego biznesem, o który dba, wkłada weń swoje siły, serce i pomysły, rozwija go? Bez pracy takiego człowieka nie byłoby końcowego efektu, czyli pomocy, która jednak do potrzebujących dociera. Nie bójmy się mówić otwarcie o pieniądzach; według mnie nie ma nic zdrożnego w tym, że każdy zarabia jak potrafi - byle uczciwie! Przecież, niestety, pieniędzy potrzebujemy wszyscy; wszak money rules the world.

Na wielką pochwałę zasługuje fakt, że w tym roku WOŚP i Caritas grają razem. I słusznie, bo obie robią dla ludzi wiele dobrego, nie ma więc powodu, by się zwalczać; lepiej zakasać rękawy i synergistycznie wypracować jeszcze więcej. (Ale oczywiście Pan Terlikowski twierdzi, że wsparcie WOŚP to ze strony Caritasu błąd...)


Nie bez powodu zatytułowałem ten wpis: Doświadczenie zbiorowości. WOŚP bowiem to temat gorący i chciałem go przy tej okazji poruszyć; świetnie wpisuje się w tę tematykę, ale jeszcze bardziej poczułem to ostatnio w Warszawie - a było to 1 sierpnia. Moim marzeniem - takim małym, całkiem realnym i ostatecznie w zeszłe lato spełnionym - było stanąć w centrum miasta, tego miasta, w godzinę W i usłyszeć te syreny, klaksony; zobaczyć te flary i ludzi dokoła. I udało się! Wybraliśmy się z Krzyśkiem i Szczepanem, moimi współlokatorami, na skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej, tuż przy Rotundzie i czekaliśmy.





Z minuty na minutę napięcie rosło, aż w końcu wybiła 17:00 - zabrzmiały syreny, miasto stanęło w bezruchu, a mnie przejął dreszcz i na twarz cisnęły się łzy. Później tłum skandował: Cześć i chwała Bohaterom. I znów byliśmy jednością. Niesamowite przeżycie... Obiecaliśmy sobie, że będziemy wracać do Warszawy na 1 sierpnia tak często, jak się da.


W końcu czasem coś podobnego można przeżyć też, czytając dobrą książkę. Ja osobiście, kończąc ten wpis, bardzo polecam dwie trudne, acz poruszające pozycje:
  • Głód Martina Caparrosa; reportaż totalny o zjawisku, które we współczesnym świecie nie powinno mieć prawa bytu, a jednak istnieje, oraz
  • Sowietów Piotra Zychowicza - o systemie, jakiego jeszcze w świecie nie było; tak zbrodniczym i morderczym, jak żaden do tej pory; o tym co było i o tym, jak to się do dziś przekłada na naszą rzeczywistość.


PS. Bardzo przepraszam za niską jakość zdjęć i filmiku z Warszawy, ale miałem wówczas nowy telefon od krótkiego czasu i nie wiedziałem jeszcze, że takich rzeczy nie kręci się z użyciem Snapchata, tylko zwykłej kamery. 😞

piątek, 15 lutego 2013

Walentynki

Walentynki - święto miłości. Mhm... Chyba miłości do wydawania pieniędzy. Albo miłości wielkich koncernów handlowych do zer na koncie. Albo miłości do pomysłów amerykańskich, bo to przecież nic innego, jak kolejny zerżnięty na bezczelnego od amerykanów wymysł, i to, co gorsza, zerżnięty bezmyślnie i bezsensownie.



Nawet nie chodzi o to, Panie Michale, że to zwyczaj zagraniczny, a ja taki jestem zakochany w Polsce, że neguję wszystko, co obce - nie, ale geneza tego walentynkowego szału skłania do refleksji.

Ale to akurat dobre miejsce do odwołania się do poprzedniego wpisu, który był dość jednoznaczny. Chciałbym dodać, że jako Polak, nie uważam się ani za lepszego, ani za gorszego od innych nacji; niewiele jeszcze świata widziałem, bardzo niewiele, ale zakładam, i pewnie mam rację, że są i miejsca piękniejsze, niż w Polsce, ale także brzydsze; jest i lepiej, jest i gorzej... Taka moja postawa i poglądy w ogóle nie biorą się z lepszości, ale z poczucia tego, że tu, w Polsce, jestem u siebie. To sobie cenię, i tego nie chcę dać sobie zabrać.

A wracając do Walentynek - to dzień zupełnie moim zdaniem niepotrzebny. Dzień, kiedy Ci, którzy są z kimś, muszą dwoić się i troić, żeby dobrze wypaść, bo trwa swoisty wyścig miłosnych zbrojeń. A to przecież nie o to chodzi... Kochać powinno się przecież chyba co dzień, a miłość to powinny być bardziej czyny niż słowa, deklaracje.

Walentynki irytują też tych, którzy są sami - nie we wszystkich przypadkach to ich świadomy wybór. To niepotrzebnie smuci, rozżala... Bynajmniej nie motywuje.

Są też i inni, których ten cały czerwony kicz i chłam po prostu śmieszy, a jest to, w większości przypadków, pomieszanie śmiechu i złości.

Ostatecznie można i Walentynki odchorować, tak, jak ja, kiedy człowiek budzi się wdzięczny budzikowi za to, że zadzwonił akurat w momencie, w którym najmniej lubiana koleżanka opowiadała, jak to całowała się ze swoją współlokatorką, i gdzie dokładnie... To wszystko od nadmiaru wczorajszej miłości (czyt. obłudy, sztucznych uśmiechów, w niewielu przykładach miłości w znaczeniu prawdziwym).

Czyli? Więcej z Walentynek szkody, niż pożytku. Ale przynajmniej są dźwignią handlu...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Małe rzeczy?

Zakończymy smutny shopping
Sztucznych, galerianych szczęść.

Tak śpiewała kiedyś Sylwia Grzeszczak w piosence o niekoniecznie wysokiej w moim odczuciu wartości artystycznej, raczej niewartej umieszczenia tutaj; w piosence, która kiedyś odtwarzana była na okrągło w radio, stąd, pewnie w drodze do szkoły, "obiła mi się o uszy". W głowie utkwił mi ten akurat fragment.

Cóż... Jaka kultura, taka galeria...  Jak kultura jest tylko "popkulturą", to i galeria jest handlowa... Brr! Szczerze nie cierpię takich miejsc. Wczorajszy przeszło pięciogodzinny pobyt w gliwickim Forum odchorowałem w nocy, kiedy to śniło mi się, że zamknięto w Gorlicach drogę na Stawiskach, żeby rozbudować jeszcze bardziej Rondo Center...

Co więc robiłem w Forum przez przeszło pięć godzin? Żeby móc obronić się przed ewentualnym zarzutem "zakupocholizmu" należy się słówko wyjaśnienia. Moi znajomi byli wolontariuszami WOŚP, więc pojechałem do Gliwic, żeby spędzić czas w ich towarzystwie. Szczerze powiedziawszy, chyba wszyscy oczekiwaliśmy, że będzie się tam z tej okazji działo coś ciekawego. Ja (bo mogę mówić tylko w swoim imieniu) bardzo się rozczarowałem i wynudziłem.

Ale nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło, bo właśnie ta wizyta w świątyni kapitalizmu, konsumpcji i kultury masowej skłoniła mnie do refleksji nad sprawą, która boli mnie już od dawna...

Język polski. Piękna rzecz, prawda? Polskość w ogóle... Dla mnie coś niesłychanie ważnego. Dlaczego więc my, Polacy, nie szanujemy się, tylko szmacimy i umizgujemy do Zachodu?

Pierwsze, co rzuca się w oczy na wystawach galerianych sklepów to wielkie "SALE". Żeby być obiektywnym dodam, że dzieje się tak na szczęście nie w każdym sklepie, bowiem niektóre z nich prowadzą uczciwie i po ludzku "WYPRZEDAŻE"; ogromna część natomiast już tylko "SALE". To bulwersujące i obrzydliwe! Rozumiem, że sklepy te mają anglojęzyczne nazwy własne czy też nazwy konkretnych produktów. W porządku. Są, nie wnikając w to głębiej, częścią wielkich, międzynarodowych sieci handlowych, lub po prostu tak chcą się nazywać. Ja swojego psa chciałem nazwać Pusia, i nikomu również nic do tego. Ale już komunikacja z klientem, polskim klientem, MUSI odbywać się w języku polskim!

Żyjemy w Polsce, jeśli to komuś się nie podoba, zawsze może wyemigrować. Nie po to nasi dziadkowie walczyli o wolność, także tą językową, żebym teraz ja, wolny, młody Polak, czuł u siebie jak w Anglii czy w Ameryce!

Ktoś powie - ale nie tylko polski klient robi zakupy. Rozumiem; w porządku, takie mamy czasy, że jesteśmy "jedną globalną wioską"; trzeba otwierać się na wszystkich ludzi, starać się do nich dotrzeć - to marketing. Ale, u licha, główny komunikat MUSI być w języku polskim, a następne w takiej mnogości języków, i takiej różnorodności, jakich sobie tylko właściciel sklepu zażyczy.

Rozmawiając wczoraj na ten temat z Anią dowiedziałem się, że natrafiła w hiszpańskim sieciowym sklepie (bodaj H&M) na słowo "wyprzedaż". I bardzo dobrze. Niech i Hiszpan u nas znajdzie u nas "wyprzedaż" w swoim języku, byle tylko nadal komunikat w języku polskim był komunikatem głównym tak, żeby polski klient nie musiał czuć się u siebie w kraju zagubiony.

W końcu spacerując wczoraj po tej nieszczęsnej galerii natknąłem się także i na takie sklepy, w których wprawdzie "WYPRZEDAŻE" organizowano, ale informowano o nich czcionką kilkukrotnie mniejszą niż o "SALACH". To po prostu ordynarny brak szacunku do polskiego klienta! (W związku z tym raczej nie zdarza mi się, albo zdarza mi się niesłychanie rzadko, robić zakupy w tak uwłaczających mi miejscach.)

Dlaczego sobie na to pozwalamy?

Dziwi mnie to, naprawdę, dlaczego tak staramy się doścignąć Zachód, depcząc po drodze swoje poczucie dumy z bycia Polakiem, swój honor. Dlaczego mamy tyle kompleksów? Nie jesteśmy przecież wcale gorsi! Mieliśmy jako kraj i naród trochę bardziej "pod górkę", jeśli spojrzeć na historię; trudno więc nam osiągnąć tak wysoki stopień ucywilizowania jak na zachodzie Europy czy w Ameryce. Ale przecież żyjemy w wolnym kraju, mamy własny, piękny język, bogatą kulturę, kuchnię... Nie ma powodu do pogrążania się w poczuciu niższości.

Moja mama, kiedy rozmawiamy o kuchni, zawsze denerwuje się, że dla wielu osób kotlet schabowy jest przedmiotem drwin; że, dla przykładu, wesele, na którym się go poda to "wieś", a ludzie jedzący go to "wieśniacy" i "buraki". To taki banalny, może nawet trochę śmieszny przykład, ale, wbrew pozorom, trafiający w sedno. Bo ja się wcale swojej mamie nie dziwię; sam nie rozumiem takich ludzi wyśmiewających się z polskiej kuchni i kultury. Dlaczego mielibyśmy się ich wstydzić? Czy chodzi o kompleksy? Czy o chęć zaimponowania obyciem w świecie?

Obycie w świecie samo w sobie nie jest niczym złym; wręcz przeciwnie: trzeba rozwijać się, w miarę możliwości poznawać jak najwięcej nowych miejsc, kultur, smaków; dowiadywać się nowych rzeczy - to piękne, pouczające i rozwijające. Ale nie wolno w tym wszystkim zapominać o swoich korzeniach, o swoim narodowym "ja"; nie wolno wyrzekać się siebie, bo tak robią tylko konformiści i ludzie bez moralnego kręgosłupa.

Wbrew pozorom wysoko rozwinięta cywilizacja nie jest, jak się może wydawać, urzeczywistnieniem dobra; często wiąże się z nią wiele nowych, nieprzewidzianych i niepoznanych jeszcze problemów. Mnie osobiście marzy się powrót ku naturze - niecałkowity, rzecz jasna, ale jednak.

Poza tym Zachód na nas nie czeka. Ameryka nie jest, jak się mówi, naszym przyjacielem i wcale jej nie w nosie znosić dla "Polaczków" wizy. Ale co tam! My, oczywiście, bez szacunku dla siebie samych, biegniemy na zawołanie to do Afganistanu, to do Iraku...

Stop!

Czy gdyby ktoś na ulicy nazwał Cię kurwą, przeszedłbyś obojętnie? Czy dałoby Ci to spokój przez kilka następnych dni, czy potrafiłbyś o tym nie myśleć? Bo jeśli takie słowa wzburzyłyby Cię (a zapewne tak właśnie by było), to dlaczego pozwalasz sobie na tak wiele u siebie w kraju?

Ten temat jest tak szeroki, że pisząc zdaję sobie sprawę, że to, co udało mi się tu zawrzeć, to nie jest nawet wierzchołek góry lodowej. Z czegoś to jednak wynika... Naprawdę, zachęcam do refleksji; my sami stanowimy o sobie, więc warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć.

Przede wszystkim: więcej szacunku do siebie! W niczym nie jesteśmy gorsi od Niemców, Francuzów, Hiszpanów... Naprawdę.

Podsekretarz Stanu Ministerstwa Obrony Narodowej ds. Uzbrojenia i Modernizacji, Gen. Waldemar Skrzypczak, powiedział w filmiku promującym gorlickie harcerstwo tak:

Ja wiem, że teraz pojęcie "patriotyzm" jest niemodne, ale tylko dlatego, że wszyscy są zapatrzeni w Europę, a generalnie zapominają o Polsce. Trzeba odwrócić kolejność, trzeba najpierw myśleć o Polsce, a potem o Europie (...) 

Niech to będzie puentą. Bo tak psuć, jak i naprawiać, zaczyna się od rzeczy małych.

PS. W tak zwanym "międzyczasie" tych z Was, którzy posiadają konto na Facebooku zapraszam do polubienia niniejszej strony:



Niech czasem w Waszych aktualnościach pojawi się grafika, która uświadomi, jak wiele my, Polacy, mamy, i jak dobrze jest być Polakiem.