Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 października 2017

System, system, system

Siadam do komputera z niekłamaną przyjemnością i niekłamaną obawą - tak dawno mnie tu nie było... Ja w moim studenckim pokoju w Zabrzu, ze światłem a' la hygge, kubkiem ciepłej herbaty, słuchawkami w uszach z playlistą Nora i opatulony w koc. Za oknem wieją kolejne wichury i orkany, których nazw nawet już nie rejestruję, a ja miałem dzisiaj tę niekłamaną przyjemność, że nie musiałem nigdzie wychodzić. Dzień minął tak szybko, nie zrobiłem właściwie niczego produktywnego... I choć jestem zwolennikiem konstruktywnego wykorzystywania wolnego czasu, to mam takie momenty, kiedy potrzebuję się zatrzymać, nic nie robić, odpocząć...

Pierwszy miesiąc szóstego, ostatniego roku moich studiów za mną. Tak wiele zmieniło się od czasu, gdy jeszcze we dwójkę, z Michałem, zakładaliśmy tego bloga. Mój wrodzony perfekcjonista, ten bies rodem z moralitetu, kusi: zacznij od nowa, stare usuń; na co ci to?! Zmieniłeś się, blog się musi zmienić, Ty się musisz zmienić, wszystko się zmienia!

Zostawię, choć wymaga to samozaparcia. Zostawię, by widzieć zmiany, upływ czasu, dostrzegać jak różna może być moja wrażliwość na przestrzeni lat; by reagować, gdybym zaczął ją tracić.

Szósty rok. Jezu... Kiedyś wyobrażałem sobie, że na szóstym roku medycyny to się już niemal operuje. Teraz, gdy tu jestem, wydaje mi się, że niczego nie umiem. Może nie wystawiam sobie tym zbyt pochlebnego świadectwa, ale w konfrontacji z moimi licealnymi wyobrażeniami studia medyczne wypadają gorzej niż marnie... Niczym ostrzeżenia na paczkach papierosów, foldery uczelni medycznych powinny zawierać kilka formułek, takich, jak te dwie, powiedzmy: Studiowanie medycyny odbiera radość życia; Kierunek lekarski zderza z rzeczywistością dwa razy skuteczniej niż Zderzacz Hadronów (p<0,05).

Nie piszę, żeby się poskarżyć, żeby się pożalić. Bardziej traktuję to jako rachunek sumienia, może formę usprawiedliwienia, analizę wyjściową, by rozwiązać problemy, które dopiero przede mną? Ostatecznie te studia, tę uczelnię nawet, sam sobie wybrałem, ku większej lub mniejszej uciesze osób ze swojego otoczenia. To nie tak, że nie chcę już być lekarzem - przeciwnie, chcę! Bardzo chcę. I chcę być cholernie dobrym lekarzem.

Brzydzę się po prostu systemem, który wymaga ode mnie wyrzeczenia się nieomal każdej formy aktywności społecznej, zwłaszcza przez pierwsze dwa lata studiów, by uczyć się rzeczy nieważnych, zapychających tylko pamięć. Brzydzę się systemem, w którym z braku pieniędzy z roku na rok grupy studenckie są zagęszczane, a komfort choćby rozmowy z pacjentem jest niewielki.

Brzydzę się systemem, w którym asystenci, często chętni, by czegoś nas nauczyć, nie mają takiej możliwości, bo muszą czas dydaktyki dzielić z czekającymi na nich pacjentami (to nawet zrozumiałe) i, co gorsza, toną biurokracji (to zrozumiałe mniej)!

Brzydzę się tym, że najważniejsza jest ilość godzin dydaktycznych, nie zaś ich jakość; tym, że na wielu katedrach nie obowiązuje zwolnienie lekarskie (nie to, co w pracy, w której każdy pracodawca takowe respektuje), a każde jedne zajęcia trzeba odrobić, bo przecież bez tych 30 dodatkowych minut podpierania ścian moja edukacja będzie niekompletna, a moja reputacja i prestiż wątpliwe...

Żeby była jasność - nie mam tu pretensji do konkretnych asystentów, do mojej konkretnej uczelni, mojego wydziału; z nimi wprawdzie na co dzień obcuję i na ich przykładzie mogę wyciągać wnioski, ale problem jest szerszy, systemowy, o czym świadczą moje rozmowy z kolegami z innych wydziałów i sam choćby protest środowiska medycznego, lekarzy rezydentów. Właśnie - bo później też nie jest kolorowo, ale to temat rzeka i nie o tym teraz.

Gdyby ktoś przed studiami powiedział mi, jak to naprawdę wygląda, może przygotowałbym się na to psychicznie lub po prostu wybrał inny kierunek? Zdaję sobie sprawę, że moje teksty trafiają przede wszystkim do grona moich przyjaciół (za co jestem ogromnie wdzięczny), ale być może przeczyta to jakiś przyszły student medycyny. Zwracam się więc do niego / do niej: Kolego! Koleżanko! Zastanów się dwa razy! W moim przypadku te studia to największe rozczarowanie, jakie mnie spotkało do tej pory w życiu...

Brak we mnie pokory. Z tej ułomności doskonale zdaję sobie sprawę, ale po prostu nie umiem mówić, że deszcz pada, gdy plują... Nie mogę patrzeć na sporą część koleżanek i kolegów z roku, którzy tkwią w dziwnej anergii, niezdolni do zawalczenia o siebie, o swoje prawa... Zawsze tak było... Ile razy ja to słyszałem?! Zawsze tak było, więc tak musi być; status quo musi zostać zachowany! Czasami zastanawiam się, jak niektóre osoby chcą walczyć o ludzkie życie i podejmować jakieś decyzje, kiedy truchleją na widok asystenta i przed każdym zaliczeniem...

Nauka... Daleko mi do pilnego studenta, ale jako perfekcjonista przechodzę piekło, gdy okazuje się, że trzeba umieć wszystko. Trochę działam w systemie zero-jedynkowym; często niestety pada na zero, skoro jedynką jest na przykład przeczytanie podręcznika do radiologii Pruszyńskiego: 800 stron A4 do przyswojenia w półtora tygodnia przed egzaminem, pytania układane z tekstu i tabel, bo tak najprościej stworzyć test. A w teście - wiadomo, przypadki kazuistyczne, bo takie, zgodnie z metodologią, są najlepsze w różnicowaniu studentów.

Znów proszę, by nie było to odebrane jako zarzut do katedry radiologii; oni też spełniają jakieś chore systemowe wytyczne, nie mam do nich żalu. Ten przykład jest po prostu świetny i ilustruje to, co w tych studiach wkurza najbardziej.

Jaka jest jakoś wiedzy zdobytej z jednorazowego przeczytania 800 stron A4 podręcznika w półtora tygodnia (jeśli ktoś zdążył!)? Niech każdy odpowie w swoim sumieniu.

System, system, system... Polityka, polityka, polityka... Doszedłem do ściany. Chcę skończyć te studia tu, rozwijać się i pracować tu, w Polsce, ale jeśli na 5800 lekarzy kończących te studia przewiduje się nieco ponad 4000 miejsc specjalizacyjnych, to nie dziwne, że mamy, jak mamy...

Brak we mnie pokory. Nie wiem więc, jak wpasuję się w ten system, jak poradzę sobie z Lekarskim Egzaminem Końcowym, rekrutacją na specjalizację... Dam sobie radę, stać mnie na to; nie brak mi ambicji i determinacji. To nie jest tak, że wszyscy młodzi lekarze chcą wyjechać - większość woli zostać tu, w Polsce, pracować z polskimi pacjentami i im nieść pomoc. Ale oprócz studentów typu dam-sobie-wejść-na-głowę, którzy boją się wszystkiego, nie mając za grosz osobistej godności, i którymi brzydzę się setnie, są także tacy którzy powiedzą w pewnym momencie: dość. Studenci stają się w końcu stażystami, potem rezydentami...

Dla mnie te studia to na szczęście tylko jedna z gałęzi życia. Bardzo ważna, jedna z grubszych, ale nie jedyna, na szczęście. Cieszę się, że nie należę do osób, które po powrocie do domu zamykają się i jedyne, co robią, to nauka. To może być nawet przez pewne osoby odbierane jako chwalebne, ale wiedza teoretyczna, nieużywana, szybko ulatuje; szybciej nawet niż młodość, która w takim stanie odlatuje niepostrzeżenie i nie wróci nigdy...

Strajk Porozumienia Medycznego zmienia świadomość naszego społeczeństwa. To jego ogromny kapitał. Wierzę, że uda się osiągnąć poprawę warunków, jakie panują w polskiej służbie zdrowia. Oczy otwierają także Mali bogowie Pawła Reszki i inne publikacje w tej tematyce. Serce rośnie, gdy do protestu przyłączają się pacjenci trzymający transparenty Lekarze zostańcie z nami, gdy w charakterystycznie dla siebie sarkastyczny sposób o działaniach ministra wypowiada się Szczepan Twardoch, i tak dalej, i tak dalej.

Cóż. Zazwyczaj nie politykuję, ale jeśli w tej polityce jest źródło mojej i wielu innych osób frustracji, warto zabrać głos. Pewne rzeczy zresztą, zapisane, wyzwalają, pozwalają przejść dalej, powziąć nowe działania, by zmienić sytuację, osiągnąć cele. Tego bym sobie właśnie życzył.

Na koniec, żeby trochę podnieść na duchu, wspomnę tylko o spotkaniu, którego uczestnikiem miałem przyjemność być w sobotę. Otóż Uniwersytet Jagielloński w ramach cyklicznych spotkań ze znanymi osobami zaprosił do swojego Auditorium Maximum Jurka Owsiaka. Ze spotkania tego wyniosłem potężną dawkę motywacji, przemyśleń; w głowie zrodziło mi się kilka pomysłów. Owsiak to dla mnie jedna z bardziej wartościowych postaci współczesnej Polski. Jedno mamy ze sobą z pewnością wspólne - obydwaj wolimy realne działanie od teoretycznego.

Gdyby ktoś miał chęć pooglądać zdjęcia ze spotkania (lub mnie na nich znaleźć), służę linkiem: https://www.facebook.com/pg/SalonAllInUJ/photos/?tab=album&album_id=1458577520928290

PS. Miałem jeszcze dodać, ale gdzieś mi w ferworze pisania uciekła ta myśl, że trochę w sobie zaniedbałem w trakcie studiów pierwiastek artystyczno-pisarski. Może więc dzisiejszy hygge dzień spędzony wśród światła i muzyki nie pójdzie na marne, skoro udało mi się to z siebie wyrzucić napisać? (Jak jest z formą literacką, ocenicie sami.)

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Doświadczenie zbiorowości

Długo zbierałem się w sobie, żeby tutaj wrócić; różne miałem pomysły - jedne lepsze, drugie gorsze. Potem się tak człowiek odzwyczai i już coraz mu ciężej, coraz mu ciężej... Aż w końcu wszystko pójdzie w zapomnienie, w odstawkę; przykryje się warstwą kurzu...

Ale dość już o tym, bo obiecałem sobie, że nie będę więcej robił wielkich wstępów z powodu kolejnych wielkich powrotów.

Wczoraj po raz 25. zagrała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. W sumie - technicznie rzecz ujmując - fundacja ta działa przez cały rok, ale wczoraj było wspaniale: wielki finał, fajerwerki, pompa; karnawał pomagania,  rzec można. Odkąd pamiętam, wspieram WOŚP - czy to jakimś groszem, czy jako wolontariusz przez kilka lat; WOŚP wspierało się zawsze także u mnie w domu. Ale co z tego, powiecie. Nie, nie piszę, żeby się tym szczycić. Chodzi o coś innego.

Otóż oprócz oczywistego aspektu, jakim jest pomaganie najmłodszym, a od kilku lat także tym najstarszym ludziom, WOŚP robi nam Polakom jeszcze jedną fajną rzecz: funduje nam poczucie, że jesteśmy razem, że możemy razem zrobić coś dobrego - dzisiaj dla innych, a jutro być może dla siebie. I choć co roku podnosi się ta sama gównoburza: Owsiak kradnie; Za hajs z WOŚP-u nasze dzieci ćpają na Woodstocku; Złoty Melon i Matka Kurka, to wierzę, że jest to jednak margines; bardzo chcę w to wierzyć.

Chcę wierzyć, że Pan Terlikowski to już tego marginesu margines; że człowiek, który twierdzi, że wspierając WOŚP popieramy aborcję i eutanazję (bo takie prywatne poglądy ma Pan Owsiak) - to odosobniony przypadek. Pewnie tak nie jest, ale ja chcę w to wierzyć.


Autor zdjęcia: Aleksi Wit. Za zgodą autora.

(Swoją drogą, jeśli koleś, który popiera aborcję i eutanazję, tak prężnie działa na rzecz noworodków i starszych ludzi, że z pewnością pomógł im bardziej niż sam wielce-nawrócony-Chazan, to chyba lepiej, żebyśmy w kraju nad Wisłą mieli samych takich.)

Zostawiwszy już jednak takie ekstrema w tyle, wracam do tego poczucia jedności - może jestem jakiś dziwny, ale mnie osobiście doświadczenia zbiorowości wzruszają bardziej niż łzawe często nawet jednostkowe historie.

Tak mam właśnie z WOŚP - w dniu finału jestem dumny, że jestem częścią tego przedsięwzięcia, że tu naprawdę dzieje się coś dobrego; potem gdy na zajęciach czy praktykach przewijam się przez kolejne szpitale i widzę wszystkie te sprzęty z czerwonym serduszkiem to wiem, że to nie jest ściema.

Ważna sprawa - WOŚP jest fundacją. Czyli firmą. Wiele złego wynika z tego powodu, że nie potrafimy w Polsce mówić o pieniądzach bez pruderii. Fundacja to firma usługowa - tak na moje niespecjalistyczne, niebiznesowe myślenie - której usługą jest zapewnianie pomocy innym. A więc tak, WOŚP oprócz wolontariuszy ma pracowników. Nie pytajcie mnie o liczby, bo wszystkie one są dostępne w sprawozdaniach finansowych, które muszą być podawane do wiadomości publicznej, do czego zobligowana jest każda organizacja pożytku publicznego. Mnie osobiście wymierność WOŚP-owej pomocy i jej namacalność wystarcza by stwierdzić, że fundacja ta działa dobrze i że liczby są mi do niczego niepotrzebne, bo po prostu mam do niej zaufanie.

Czy można oczekiwać, że ktoś, kto przez cały rok zaangażowany jest w pracę fundacji do tego stopnia, że nie ma czasu na podjęcie innej pracy, wykaże się taką ascezą, że ani grosza z tego nie uszczknie? Absurd... Zastanówmy się, czy my sami, czy ja robiłbym bez przerwy coś dla innych bez żadnej zapłaty? Z drugiej strony, po co ktoś szefujący fundacji - jakiejkolwiek, nie tylko WOŚP - miałby szukać innej pracy, skoro to właśnie fundacja jest jego źródłem dochodu i jego biznesem, o który dba, wkłada weń swoje siły, serce i pomysły, rozwija go? Bez pracy takiego człowieka nie byłoby końcowego efektu, czyli pomocy, która jednak do potrzebujących dociera. Nie bójmy się mówić otwarcie o pieniądzach; według mnie nie ma nic zdrożnego w tym, że każdy zarabia jak potrafi - byle uczciwie! Przecież, niestety, pieniędzy potrzebujemy wszyscy; wszak money rules the world.

Na wielką pochwałę zasługuje fakt, że w tym roku WOŚP i Caritas grają razem. I słusznie, bo obie robią dla ludzi wiele dobrego, nie ma więc powodu, by się zwalczać; lepiej zakasać rękawy i synergistycznie wypracować jeszcze więcej. (Ale oczywiście Pan Terlikowski twierdzi, że wsparcie WOŚP to ze strony Caritasu błąd...)


Nie bez powodu zatytułowałem ten wpis: Doświadczenie zbiorowości. WOŚP bowiem to temat gorący i chciałem go przy tej okazji poruszyć; świetnie wpisuje się w tę tematykę, ale jeszcze bardziej poczułem to ostatnio w Warszawie - a było to 1 sierpnia. Moim marzeniem - takim małym, całkiem realnym i ostatecznie w zeszłe lato spełnionym - było stanąć w centrum miasta, tego miasta, w godzinę W i usłyszeć te syreny, klaksony; zobaczyć te flary i ludzi dokoła. I udało się! Wybraliśmy się z Krzyśkiem i Szczepanem, moimi współlokatorami, na skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej, tuż przy Rotundzie i czekaliśmy.





Z minuty na minutę napięcie rosło, aż w końcu wybiła 17:00 - zabrzmiały syreny, miasto stanęło w bezruchu, a mnie przejął dreszcz i na twarz cisnęły się łzy. Później tłum skandował: Cześć i chwała Bohaterom. I znów byliśmy jednością. Niesamowite przeżycie... Obiecaliśmy sobie, że będziemy wracać do Warszawy na 1 sierpnia tak często, jak się da.


W końcu czasem coś podobnego można przeżyć też, czytając dobrą książkę. Ja osobiście, kończąc ten wpis, bardzo polecam dwie trudne, acz poruszające pozycje:
  • Głód Martina Caparrosa; reportaż totalny o zjawisku, które we współczesnym świecie nie powinno mieć prawa bytu, a jednak istnieje, oraz
  • Sowietów Piotra Zychowicza - o systemie, jakiego jeszcze w świecie nie było; tak zbrodniczym i morderczym, jak żaden do tej pory; o tym co było i o tym, jak to się do dziś przekłada na naszą rzeczywistość.


PS. Bardzo przepraszam za niską jakość zdjęć i filmiku z Warszawy, ale miałem wówczas nowy telefon od krótkiego czasu i nie wiedziałem jeszcze, że takich rzeczy nie kręci się z użyciem Snapchata, tylko zwykłej kamery. 😞

piątek, 11 października 2013

Tym razem o medycynie słów kilka

Do napisania tego postu przymierzałem się już od dłuższego czasu, choć chyba niekoniecznie chodziło o to, co napiszę dzisiaj... Tamte tematy, o których planowałem wspomnieć, nie wydały mi się jednak dostatecznie ważne, by dzielić się nimi z kimkolwiek, więc przez długą chwilę było z mojej strony cicho.

Teraz jednak napiszę o czymś, czym - siłą rzeczy - żyję od przeszło roku: napiszę o moich ukochanych studiach. (Tu nie ma żadnej ironii!) Jesteśmy tutaj w Zabrzu na drugim roku lekarskiego: ja, Michał - współautor Servusa... - i parędziesiąt innych osób - naszych przyjaciół, znajomych.

Jeszcze dziewięć dni temu kręciliśmy vloga w centrum Katowic z Michałem właśnie i Szczepanem (moim współlokatorem) - taki mieliśmy pomysł.... Przekonywaliśmy, chyba bardziej samych siebie, niż Was, potencjalnych odbiorców, że na lekarskim nie jest źle, że wszystko można zrobić, jeśli się tylko dobrze rozłoży siły. Do Kato pojechaliśmy na rowerach - zrobiliśmy prawie 30 km, więc niewiele; a z powrotem wracaliśmy pociągiem, bo robiło się już ciemno. Było chłodno, ale całkiem przyjemnie; przede wszystkim dość luźno się czuliśmy, wiedząc, że nadchodzące wyzwania mamy jeszcze przed sobą, i że to może ostatnie chwile takiego relaksu.

A teraz co? Mój i Michała dzień wyglądał dzisiaj następująco:

  • 8:00-9:30 wykład z immunologii
  • 9:35-11:05 wykład z etyki lekarskiej (nie poszliśmy, uczyliśmy się na immuny)
  • 12:00-15:00 wykład ze współczesnych zagrożeń ekologicznych
  • 15:05-18:05 ćwiczenia z immunologii, na nich wejściówka
  • 18:30-20:00 wykład z podstaw prowadzenia badań naukowych

Tak się złożyło, że wybierając fakultety nie wiedzieliśmy, że wszystkie wybrane przez nas odbywać się będą w tym semestrze. Wydaje mi się, że w związku z reformą bezczelnie zabierającą nam jeden rok studiów, trzeci semestr, który właśnie zaczęliśmy, ma szansę być najcięższym w całym toku studiów... Trochę się boję, ale...

Wiecie co? Przeżyliśmy! Przeżyliśmy pierwszy tydzień! Owszem, jeszcze nie wszystko odbywa się tak na 100%, ale też i my jeszcze nie jesteśmy w szczytowej formie, jeśli idzie o naukę. Przeżyliśmy też dzisiejszy dzień-masakrator - ja to nawet chyba wpadłem w jakiś rodzaj transu, i na wykładach notowałem jak nigdy - nawet na fakultecie ze statystyki.

Obecny trzeci rok miał w porównaniu z nami naprawdę łatwiej w zeszłym roku. Oni to chyba z jednej strony się z nas śmieją, a z drugiej pewnie trochę nam współczują, bo sami boją się, co by się stało, gdyby musieli tak studiować...

Po tym tygodniu jedno wiem na pewno - nic nie jest tylko czarne, i nic nie jest tylko białe. Nie da się powiedzieć, że na naszych studiach jest łatwo - bo nie jest. Nie da się też powiedzieć, że to jest nie do przejścia - bo ktoś te studia kończy, a my jak na razie też daliśmy radę pokonać pierwszy rok. Ale te studia są wyjątkowe, i jeśli mieszczą się w ramach czyichś zainteresowań, to polecam je z całą odpowiedzialnością. Nie da się oddać wiernie atmosfery, która tu panuje, pisząc bloga, bo to rzecz bardzo specyficzna, to trzeba przeżyć samemu.

Dla mnie najpiękniejszym momentem dzisiejszego dnia była chwila, kiedy jednocześnie słuchałem wykładu z ekologii, robiłem notatki, i uczyłem się na immunologię z dwóch różnych źródeł. Wtedy poczułem się studentem naprawdę - bombardowanym wiedzą z każdej strony, a mimo to dalej tej wiedzy ciekawym. Już nie czułem się chłystkiem z dopiero co zdaną maturą, ale właśnie studentem...

Kończę już, bo piątkowy wieczór to nie najlepsza pora na siedzenie samemu w mieszkaniu, nawet mimo oczywistego zmęczenia po całym tygodniu, szczególnie dzisiejszym dniu. Na sen przyjdzie jeszcze czas, na obejrzenie opuszczonych w ciągu tygodnia seriali i programów również. Przyjdzie jeszcze w weekend czas na krótki wyjazd na rowerze, na zakupy, na zrobienie prania, na razie jednak trzeba spotkać się z przyjaciółmi. Uwierzcie, to, wbrew obiegowym opiniom, zdarza się na tych studiach wcale nie najrzadziej.

Mam nadzieję, że uda się w tym roku pisać częściej, i że blog ten nabierze wreszcie życia, zacznie pełnić swoją tytułową funkcję.

Z nogami na biurku i opaską na rękę, którą prosto z Nepalu (!) na dzisiejszą immunologię przywiózł mi nasz przyjaciel Piotrek kończę, i pozdrawiam Was. Michał już czeka na skrzyżowaniu - tym razem to ja się spóźniłem.

Jak widzicie - można wszystko. Mimo, że bardzo angażujące, studia medyczne nie odbiorą Wam stu procent waszego życia. Ci, którzy mają tylko i wyłącznie naukę, nie pozostawiając sobie poza nią żadnej przestrzeni na pasje i marzenia, daleko według mnie nie zajadą - wypalą się szybko. Oni nie rozumieją sensu studiowania i piękna studiowania. Bo, jak pokazuje przykład Piotrka, jeśli się tylko chce, można nawet jechać na miesiąc w Himalaje.

Znowu wszystko sprowadza się do motywacji.

Servus medicus - tak go właśnie widzę.

niedziela, 7 lipca 2013

Wakacje? A co to takiego?

Korzystając z wytchnienia 7 dnia wakacji, ( aż dziw mnie bierze, że to pisze) po długim czasie mojej nieobecności na blogu, ponieważ nie mam zwyczaju zwierzać się z każdej najmniejszej sprawy na papierze ( w tym przypadku elektronicznym). Piszę jedynie wtedy, gdy poczuwam się do napisania sprawy istotnej, mającej dla mnie ważne znaczenie. Sprawy godnej podzielenia się oraz godnej przeczytania.
Ku uciesze nawet mnie samego ten czas nastąpił. Właśnie teraz.

      Zacznę od tytułowych wakacji. W życiu nastąpił już ten etap, gdy się ich nie czuje. Może to za sprawą tego, że zacząłem praktyki natychmiast po zakończeniu sesji. Nieważne. W każdym razie to już nie te wakacje co rok temu i wcześniej. Wtedy były to 2 miesiące luzu, rozmyślania tylko, gdzie spędzę dzisiejszy wieczór, grania na konsoli. Zupełnie inne podejście mam teraz. Nastawione na samorealizacje. Rozpisana lista rzeczy do zrobienia. Wysoko postawiłem sobie poprzeczkę i ledwo wiąże koniec z końcem. Staram się jak mogę. Wychodzi mi na razie rewelacyjnie.

     Wszystko to spowodowane jest przemyśleniami na temat samego życia. Największą wartość jaką posiadamy: jest nie to co mamy, lecz to co umiemy, co wiemy. Czymże będę więcej, gdybym stracił cały dobytek materialny? Myślałem o tym długo. Jedynie ciężką pracą można uczciwie do czegoś dojść, zwłaszcza wtedy, gdy na wszystko co chcemy osiągnąć musimy zapracować sobie sami.

     Po takich rozkminach doszedłem do wniosku. Najważniejsze są zdrowie, wiedza i umiejętności. Koniec z niezdrowym odżywianiem, przepuszczaniem czasu na grach na konsoli. Czas na siłownie, zdrowe jedzenie, gre na gitarze, książki! Oczywiście imprez sobie  w wakacje nie żałuję. Każdy weekend staram się spędzać raczej hucznie ale nie zapominając o wyżej wymienionym zdrowiu organizmu! :D
Uwielbiam swoją okolicę. Zwłaszcza latem, kiedy przypomina dosłownie jakąś śródziemnomorską mieścinę w centralnej części Toskanii. Jest tu cudownie. Teraz pisząc te słowa siedzę pod parasolem, patrząc na drzewa i cudowne kwiaty mojej mamy, które nadają właśnie tego Toskańskiego uroku. Aż chce się żyć. Co gorsza nic nie robić :P Dlatego podwójny wysiłek wkładam, aby zmotywować się do czegoś. To w końcu wakacje!

   Przejdę teraz do nowości w moim życiu jaką są praktyki lekarskie. Słuchając rady ojca wypłynąłem na głęboką wodę. Oddziałem jaki wybrałem był oiom w wojewódzkim specjalistycznym szpitalu. Nie sklada się on z jednej czy dwóch sal z pacjentami, których można policzyć na palcach jednej ręki. Gdy w piątek dobiegłem z wózkiem reanimacyjnym na izbę przyjęć, pewien sanitariusz nie znając mojej twarzy spytał czy jestem praktykantem. Odparłem twierdząco. On z niedowierzaniem spytał, czy ktoś mi kazał konkretnie ten oddział wybrać czy sam go wybrałem. Odparłem, że sam. (ojciec mi tylko sugerował, że też zaczynał od oiomu) Z szeroko otwartymi oczyma powiedział, że mnie podziwia.

   Zacznę jednak od początku. Praktyki zacząłem od 1 lipca. Od mamy dostałem lekarskie drewniaki. Z resztą całkiem ładne. Fartuch swój. Spodnie jasne, jednak zwykłe. W plecaku skrypt z histologii. Wzięty z myślą o nauce w czasie wszeobecnej nudy i braku roboty. Taaaa. Tak właśnie myślałem. Po pięciu dniach praktyk, przeczytałem 6 stron. To nie jest żart, ani lenistwo. Po prostu nawał pracy. Kolejne dwie ręce które wniosłem swoją osobą, widocznie się przydały.

  Pierwszą rzeczą jaka mi się spodobała, była chęć przekazania wiedzy przez lekarzy ( w głównej mierze anestezjologów, dyżurujących na oddziale, jednakże przewijali sie neurochirurdzy, gastrolodzy, neurolodzy, laryngolodzy) Każdy tłumaczył mi przyczyny urazu, sposoby profilaktyki, to co będzie zaraz robił. Wiedzą, którą posiadłem poprzez słuchanie krótkiego wykładu jest bezapelacyjnie bardziej wchłaniana. Pamiętam wszystko. Co to drenaż Redona, jak wygląda cięcie rybiej paszczy, jak podczas szycia pomagać sobie peanem.
Doktor jak zobaczył mój czyściutki strój zabrał mnie na blok i dał mi strój zabiegowy. Powiedział, że lepiej swoje zostawić, żeby nie brudzić, bo czasem może być brudno. Nie drążyłem tematu. Teraz już wiedziałem, że chodziło o krew i różne wydzieliny. Nie będę rozpisywał o umiejętnościach które posiadłem w ciągu tych pięciu dni. Oddychanie za pomocą Ambu , osłuchiwanie klatki piersiowej w celu ustalenia symetryczności napowietrzania oskrzeli głównych, EKG to zakładałem w 20 sekund :D Z pobieraniem krwi nie ma problemu, bo na oiomie krew do badań pobiera się od każdego pacjenta co dwie godziny, potem ubierałem nowe rękawiczki i fruuu do laboratorium, widziałem tomograf komputerowy IV generacji. Jak doktor mnie prowadził i spytałem, jakiej generacji to jest tomograf, to parsknął śmiechem. Odparł, że nie obchodzi go jego generacja. Ważne jest żeby robił swoje zadanie. Bardziej się nie mogłem zgodzić. Dwa razy USG, raz musiałem asystować podczas wkłuwania do tętnicy szyjnej. Resektomie gruczołu sterczowego widziałem. Specjalnie dla mnie użyto kamery, żeby pokazywać, co tam się dzieje w środku. Używaliśmy USG Dopplerowskiego. Dzięki katedrze biofizyki, mogłem wyprowadzić wtedy wzór na kąt padania i odbicia dźwięku i napisać go markerem na ziemi albo na ścianie... I o tym chcę też napisać.
    Mianowicie nauczanie nie ma nic wspólnego do tego co dzieje się w szpitalu. Na pewno na tym oddziale, gdzie co drugi pacjent ma podawaną dopaminę, czy noradrenalinę by utrzymać go przy życiu. Dziś w weekend wiem, że niektórych pacjentów spośród tych, których widziałem w piątek, w poniedziałek już nie zastanę. Tak samo na izbie przyjęć. Tamtejsza wiedza medyczna to jest rdzeń, filar. Wiedza teoretyczna rutynowo przekształcona w wiedzę praktyczną.
    Nie chcę wdawać się politykę, ale wiele bym zmienił w nauczaniu. Nie mam jednak nic do gadania. Mądrzejsi podejmowali decyzję. Być może zbyt konserwatywne. Ja jestem jednak liberalny wobec zmian. Jednak nie moja tu rola. Ja tu tylko sprzątam ( i się uczę ).
Praktyka lekarska, którą aktualnie odbywam jest dla mnie zwieńczeniem tego roku studenckiego. Jest owocem pracy. Wiele osób załatwia sobie wpis i nie chodzi zupełnie. Wiele, przychodzi na 8 i w domu jest o 12 nie mając co robić w dyżurce. Ja wybrałem się na głęboką wodę, ale jak to mówią najdalej mam do dna :)
Sprawdziłem w ten sposób również, czy nadaję się do tego zawodu. Prawie zjechałem gdy trzymałem bronchoskop podczas tracheostomii. Potem mi powiedziano, że jak na pierwszy raz to i tak się spisałem, bo widać było, że barwę miałem porcelany :) Pierwszy raz jest najcięższy. To samo tyczy sie, gdy w czwartek po raz pierwszy na własne oczy widziałem pierwszy raz w życiu odejście człowieka. Zgon. Moje tętno wynosiło chyba ze 140. Nie wiedziałem co robić, patrzyłem tylko jak puls i ciśnienie człowieka malało do zera. Potem nastała cisza. To było straszne, że nie dało się nic zrobić. Można było tylko stać i patrzeć.
Jak to Karolina powiedziała: " będziesz miał szybki kurs dojrzewania ". Trafiła w sedno.

    Jutro zdaję ćwiczenia z histologii o 11. Nie wracam do domu. Jadę prosto na oddział i siedzę do wieczora. Na pewno nie będę próżnował.


Reasumując. Po tym co widziałem, stwierdzam, że życie jest zbyt kruche, żeby siedzieć w domu, do poduszki chować majątek na czarną godzinę. Nie jestem oczywiście zwolennikiem konsumpcjonizmu narzucanego przez Stany Zjednoczone. Ważne jest, żeby poznawać nowe rzeczy, podróżować, poszerzać wiedzę, próbować nowości, nowych smaków, nabywać umiejętności i szanować swoje życie, pielęgnować znajomości ( z czym aktualnie mam problem ze względu braku czasu).

Na pewno coś napiszę jeszcze w lipcu. Mam zamiar napisać notkę o całych praktykach. Wiele to będzie dla mnie znaczyło. Będę to pisał dla samego siebie. Potraktuje to jako pamiętnik z moimi poglądami. Jestem ciekaw, czy gdy wróce do tego za kilka lat. Być może po studiach, to czy moje priorytety i ambicje ulegną zmianie.



niedziela, 30 czerwca 2013

Carpe diem!

Wakacje... Czas upragniony dla wszystkich studentów, nie tylko studentów medycyny, choć dla tych pewnie w szczególności. Jak człowiek zda wszystkie egzaminy w pierwszym terminie, to ma prawo być szczęśliwy. I tak jest w istocie, ale to szczęście, o którym będę zaraz pisał, to nie tylko efekt ukończenia pierwszego roku studiów; to szczęście we mnie siedzi już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz mogę się nim z Wami tak naprawdę uczciwie podzielić - bez pośpiechu, z należytą uwagą.

Jeżeli młodość to uczucie, że mogę wszystko, to osiągnąłem apogeum. Jestem szczęśliwy. Szczęśliwy i spełniony, zadowolony ze swojego życia, choć zapewne nie jest ono idealne. (Ale czyje jest?)

Horacjańskie carpe diem to bez kitu najmądrzejsze słowa na świecie!

Mam fajne wakacyjne plany, i podpieram je próbą na HO - jeżeli ich nie zrealizuję, to nie zdobędę tego stopnia, a naprawdę wypada, żeby osoba z moim stażem w ZHP, instruktor, dwuipółletni drużynowy drużyny wędrowniczej wreszcie zdobył stopień Harcerza Orlego... Siłą rzeczy wszystko musi się więc udać. Dorosłem już do tego, żeby zrozumieć, że próba na stopień to nie tylko kilka zadań, które trzeba wykonać, żeby Rada Drużyny czy tam Kapituła Stopni Wędrowniczych przyznała nam prawo do nazywania się ćwikiem, bądź Harcerzem Orlim; że próba to coś innego - rzeczywista motywacja, rzeczywisty kop do zrobienia czegoś dla siebie.

Jak nie lubię Kondrata, tak w przygłupich reklamach dla któregoś z banku mawiał:

Morał z tej bajki jest krótki, i niektórym znany:
To tylko mamy za darmo, co zrobimy sami.

Czy tam za darmo, czy nie za darmo - nie wnikam, ale ogólny sens jest bardzo prawdziwy.

Wakacyjne moje plany zakładają zatem przede wszystkim rozwój i samorealizację. To duże i mądre słowa, ale sprowadzają się do nader banalnych czynności. Zwłaszcza zależy mi na podreperowaniu, a może na wypracowaniu w ogóle (?) kondycji.

W maju zacząłem w Zabrzu biegać, jeździć nieco więcej na rowerze i na rolkach. Wstyd się przyznać, ale to wszystko dla mnie nowe doświadczenie, bo nigdy nie uprawiałem żadnego sportu: na rowerze jeździłem od czasu do czasu, na rolkach w dzieciństwie, na łyżwach ze trzy razy w sezonie zimowym. O bieganiu poza lekcją wychowania fizycznego nie było mowy. Teraz, w ciągu tego jednego tylko maja, wszedł mi ten ruch w krew, i zły na siebie jestem, że zrezygnowałem z niego ucząc się w czerwcu do sesji. Mam ciało, które stara się ze wszystkich sił (a nie ma ich aż tak dużo) żeby umysł mógł na tych studiach pracować na pełnych obrotach, zatem trzeba o to ciało zadbać. W końcu to ciało to też jestem ja!

Siła ciała, siła ducha, siła rozumu... To metodyka wędrownicza. Boże, jakie my mamy piękne ideały i mądre narzędzia do osiągania ich w tym harcerstwie! Teraz rozumiem to wszystko znacznie lepiej. Widzę, że rok oderwania się od harcerstwa może mieć, oprócz oczywistych strat, także i dobre strony - nieco się zdystansowałem, wiele rzeczy mogłem przemyśleć, zrozumieć... Ale i tak tęsknię za dobrym harcerstwem jak cholera. Dlatego też harcerstwo zajmie sporą część moich wakacji, mam nadzieję, że znacznie większą, niż sam tylko obóz.

A wracając do Kondrata i jego głupawych reklam - wypowiedziana jego ustami, a przez speców od marketingu napisana mądrość sprawdza się. Podoba mi się mentalność ludzi sukcesu z dużych miast, że tak ich nazwę z braku lepszego słowa. Oni wiedzą, że mamy tylko to, co sobie sami wypracujemy. Ci ludzie może i wciąż za czymś biegają, ale przez cały czas uczą się, doskonalą, dowiadują nowych rzeczy... No i przede wszystkim nie czekają biernie na to, co ich spotka, a wyciągają ręce i starają się brać z życia tyle, ile tylko się da, samemu oferując wcale niemało. W granicach zdrowego rozsądku jest to więc bardzo rozwijające i motywujące. Oczywiście nie wolno popaść w przesadę czy paranoję - złoty środek zawsze musi być! (Tak tak, to kolejna mądra antyczna zasada.)

I dlatego ja też muszę wypracować sobie takie podejście. Mam już pewne podwaliny (mam na myśli te harcerskie) ale jeszcze sporo pracy przede mną. Na pewno nie mogę być śnięty, jak to mawiają co poniektórzy, nie mogę werteryzować, o nie; widzę u siebie do tego tendencję, co się doskonale zresztą wpisuje w naszą polską mentalność. A zatem pomysł jest taki: skoro teraz jest dobrze, muszę się zawsze bronić wspomnieniem tej chwili i wystrzegać bólu świata i tym podobnych nic-mi-się-nie-uda myśli.

Wakacje... Naprawdę wiążę z nimi spore nadzieje. Zapraszam na Anatomię lata - mój "solowy" blog, na którym będę prowadził wakacyjny pamiętnik, no i przede wszystkim pisał, jak mi idzie realizacja planów. Już sama świadomość, że ktoś będzie to wszystko przeglądał jest bardzo mobilizująca.

www.anatomialata.blogspot.com

Co zaś się carpe diem tyczy - uważam, że trzeba korzystać z życia, póki można. Bo kto wie, ile nam czasu zostało? Tyle jest różnych chorób, wypadków, nieszczęść... Nie warto zaprzątać sobie nimi głowy; zawsze upominam babcię (pozdrawiam!), żeby nie skupiała się na takich rzeczach. Jasne, że nie pochwalam brawury, bezmyślności i szeroko pojętej nieodpowiedzialności, ale nie ma sensu myśleć na co dzień o tym, co złego mogłoby się stać, albo co stało się w miejscowości X. Jeśli jakieś zło ma nas dotknąć, to dotknie nas i bez martwienia się na zapas, a o tyle więcej będziemy mieć sił na stawienie mu czoła, im mniej się wcześniej zadręczaliśmy.

Ktoś pewnie powie - młody jesteś. Durny. Nic jeszcze o życiu nie wiesz. Całkiem prawdopodobne, że sporo ma racji. Ale... Nie dbam o to zbytnio. Już Mickiewicz pisał: młodość górna i durna. Nie do końca wiadomo, o co mu wprawdzie dokładnie chodziło, ale skoro teraz czuję się tak świetnie, to dlaczego nie miałbym się tym podzielić? Za nic nie dam sobie tego odebrać! A jeśli spotka mnie kiedyś tzw. proza życia, to trudno - wtedy chociaż przeczytam te słowa i wrócę myślą do czasów, kiedy było mi dobrze.

Sami jesteśmy reżyserami swojego życia, w to akurat wierzę. Może i jednostka nie ma jakiegoś wielkiego wpływu na losy świata, ale nigdy nie ma związanych rąk, i zawsze może coś zmienić! Rozmawiałem w piątek, gdy się zatrzymałem na imprezę w Krakowie z Sylwią, współlokatorką Gaby. Sylwia, choć nie znam jej długo, wydaje się być bardzo ciekawą osobą; na pewno jest obyta w świecie, i powiedziała coś, z czym się totalnie zgadzam - że wielki wpływ na to, kim jesteśmy, ma to, gdzie się urodziliśmy i wychowaliśmy. To kształtuje nasze wybory, możliwości, zachowania, perspektywy... Mówiliśmy akurat o Cyganach, bo książkę o nich zauważyłem na półce Sylwii, ale ta prawidłowość dotyczy każdego człowieka.

Ja jestem Polakiem. Urodziłem się i mieszkałem w Gorlicach, małym miasteczku, kiedyś może nieco szczęśliwszym, teraz raczej pozbawionym perspektyw; wychowałem się w przeciętnie zamożnej, ale zdrowej rodzinie. Miałem zatem sporo szczęścia. Naprawdę dużo! Teraz mogę sobie więc cwaniakować, blogować, i wypisywać głupoty. I tak właśnie zrobię. Wykorzystam tę szansę!

Tym bardziej carpe diem!

niedziela, 31 marca 2013

Sztuka wyboru?

Leżę we własnym, ciepłym łóżku... Żadne Zabrze; tu, w Kobylance, Gorlicach... Mija czwarty dzień ferii, a ja dalej nie pouczyłem się jeszcze w ogóle... Nie mam do tego głowy, nie umiem się skupić; jestem zły i rozczarowany świętami... Czemu zły? Bo ani to odpoczynek, ani to nauka; bo najpierw chciałem pomóc mamie i być choć trochę w domu pożytecznym, a potem, kiedy już skończyłem, sił do nauki i motywacji zabrakło. Już sobie wyobrażam, jak mama musi być zmęczona, skoro ja, który nie napracowałem się nazbyt, mam dość...

Ale. Mniej o mnie! Właściwie mógłbym jeszcze słówko o tym, dlaczego tak długo nie pisałem, ale... Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie... Po prostu nie chciałbym zaśmiecać Servusika jakimiś nazbyt banalnymi wpisami, takimi jak te dwa akapity... Z drugiej strony za mną pięć i pół tygodnia naprawdę wytężonej pracy. Takich, kiedy marzy się tylko o pójściu spać... (Chociaż nie. Może ja nie jestem najlepszym przykładem ilustrującym to zjawisko, bo o spaniu to ja marzę codziennie, o każdej porze.)

Trochę do napisania zmotywowała mnie dzisiaj lektura bloga Kasiki. Właśnie przypomniałem sobie, że nasza znajomość od blogów się zaczęła. Poza tym po prostu uwielbiam pisać, i tak zwyczajnie brakowało mi blogowego ekshibicjonizmu.

O czym więc dzisiaj? Na pewno nie o świętach. To dla mnie puste dni, zupełnie nieprzewyższające wartością dni powszednich... Dobrze, to cudownie spotkać się z rodziną, ale można by i w innych okolicznościach, a wtedy przynajmniej nikt nie byłby umęczony ciągłym najpierw - sprzątaniem, a potem - jedzeniem... A jeśli idzie o moje wielkanocne przeżycia duchowe - cóż, nie ma żadnych. Mogę dla świętego spokoju iść do tego kościoła, żeby nie psuć, zwłaszcza mamie, świątecznej atmosfery. Mogę trochę pozłościć się na durne kazanie, przemyśleć w ciągu mszy całe swoje dotychczasowe i część przyszłego życia. Ale potem po prostu wracam po wszystkim do domu, psychicznie zmęczony, ale jednak na pyszne jedzonko, na myśl o nadmiarze którego aż coś uciska mnie w żołądku. (Wybacz babciu. Może mi ta religijność przejdzie, a może nie.)

(...)

Bo w ogóle to świat stoi na głowie...

Nigdy nie żyłem w innych czasach, więc mogę tylko wierzyć w słowo dane mi przez kogoś starszego, czy też w słowo pisane - spisane w podręcznikach, przekazach historycznych, innych źródłach, Internetach. Bo wszystko jest teraz takie paradoksalne - patrząc nawet po sobie, i po najgłupszym przykładzie, jaki mi teraz do głowy przychodzi... Otóż komputer wymyślono, aby oszczędzić człowiekowi czasu, zwolnić z pewnych obliczeń, prac, a tymczasem jest to największy zjadacz czasu, jaki w ogóle kiedykolwiek powstał. Studia bez Facebooka? No nie da się... Próbowałem jeden, jedyny dzień. Ale FB to przecież największa baza informacji o uczelni zawierająca dokładny opis tego, czego należy się nauczyć, na kiedy; ludzie wrzucają tu swoje notatki, wrzucają skany książek i inne przydatne materiały. No ale przecież wchodząc, żeby to wszystko sprawdzić, od razu sprawdza się milion innych rzeczy, łącznie z zaczepkami; tak oto z złoty interes Zuckenberga się kręci.

Wiedza. Wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Patrząc po samej medycynie - ile jest różnych atlasów, podręczników... Do samej tylko anatomii - do wyboru, do koloru; a gdzie tam ja się znam i ile widziałem? Na pewno tego jest jeszcze więcej i więcej! Fakt, to wszystko kosztuje, ale wybór jest zniewalający. Tylko co z tego? Ludzie jakby głupsi... Nie chcę nikogo obrażać, proszę tego nie traktować osobiście, bo nie mam na myśli nikogo konkretnego, ale jak sobie patrzę na naszych profesorów i ich wiedzę, to czuję w środku nie tylko szacunek i podziw, ale też cholerną pogardę dla siebie, że jestem takim matołem, że niby coś tam się uczę, niby zaliczam te kolokwia, ale albo uczę się źle, albo po prostu wydaje mi się, że się uczę, a tak naprawdę gówno umiem i wiem...

Bo to chyba nie jest kwestia tego, że sobie idealizuję zawód lekarza. Przecież nie wymagam od siebie nie wiadomo czego... To przez to, że wiem, że stać mnie na wiele, wiele więcej... Czuję ogromny niedosyt. Nie mogę patrzeć już na zawiedzionego Profesora... Czy on myśli, że jesteśmy idiotami? Ja na jego miejscu pewnie tak pomyślałbym, ale on jest chyba zbyt dobry, zbyt niepasujący do tych pokręconych czasów...

Skąd czerpać motywację?

(...)

Robi się trochę nazbyt osobiście. Obawiam się, że chyba nie będę miał już o czym pisać na zamkniętym blogu... Chociaż - właściwie ciężko dzielić myśli na dwa ujścia, tak jak ciężko dzielić życie na gorlickie i zabrzańskie. Zawsze, gdy żyję jednym z żyć, drugie jest trochę w tyle... To oczywiście przenośnia, bo życie mam jedno, tak więc staram się zrobić wszystko, by je przeżyć jak najlepiej.

To wszystko kwestia wyborów. Tylko skąd wiedzieć, które okażą się z perspektywy czasu dobre, a które złe?


A ja mam czasem tak, że widzę jakąś osobę, więcej - obserwuję ją, i umiem powiedzieć: "Tak chciałbym żyć!", albo: "Nie, ja nie mógłbym tak żyć!". Czy to dobrze, czy źle? Czy to już ocenianie innych i pogarda, czy może po prostu trzeźwy osąd, zdrowy rozsądek?

I dalej o pokopanych czasach. Wiedza, przykład następny - tyle jest w telewizji ciekawych audycji, nie wiem, np. na jakimś Discovery Channel, a TVN-y dalej ogłupiają Ukrytymi prawdami i tym podobnymi. Słyszałem, że jest nawet wersja dla medyków pt. Szpital. Nie mówię, że nigdy tego pokroju programów nie oglądałem; czasem tak, głównie dla śmiechu i z braku lepszego zajęcia, ale tak na dłuższą metę - to się nie da. Coś takiego nie wnosi do życia absolutnie niczego, tak jak zresztą te bajki na Disneyach czy tam Nickelodeonach, wiecie, te z rozkapryszonymi amerykańskimi blond aktorzynami, zmanierowanymi dziećmi, które za chwilę - za rok, dwa - zaczynają ćpać, staczać się. Te, które, gdy widzę, że mój Miłosz je ogląda, krew mnie zalewa. Bo co? Bo prawdziwy Disney przewraca się w grobie, prawdziwe dzieci patrzą na swych dorastających idoli i gorszą się.

Ciężko o autorytety. Właściwie promuje się to co łatwe i modne, nie to, co wartościowe... Sama taka muzyka - zawsze się zżymam na tatę, kiedy mówi, że teraz nie robi się już dobrej muzyki, że dawniej to było coś... A tymczasem nie zadał sobie trudu dokopania się do fajnych, młodych, zdolnych, alternatywnych artystów, którzy prezentują sobą naprawdę wiele.

I wiecie co? Znowu się uczepię tej wiedzy. Wychodzi na to, że w sytuacji, gdy dostępna jest ona na wyciągnięcie ręki, bo czyż to, że przeciętny Kowalski może za pośrednictwem choćby wspomnianego Discovery sięgnąć po informacje nawet i o Neptunie, nie jest cudowne? No jest! To jest zdobycz naszych dziwacznych czasów, coś, czego wcześniej w historii nie było... Tak więc w takiej sytuacji okazuje się, że mało kto z tej absolutnej swobody w dostępie do wiedzy korzysta w pełni.

Podczas wojny, gdy tajne nauczanie karane było nie raz i nie dwa śmiercią, ludzie garnęli tłumnie, byle tylko rozwijać się, byle tylko zachować język, kulturę, nie dać się stłamsić... A teraz? Teraz mało kogo cokolwiek interesuje, widzę, ile ludzi jest na jakichś studiach tylko dlatego, że tak jest modnie / fajnie, tylko dlatego, że nie dostali się na jakieś inne, wymarzone, a z tego, co mają, nie potrafią, lub, co gorsza, nie chcą czerpać...

A może to po prostu przesyt? Natłok informacji, nie wiem, jakieś załamanie, przekroczenie niewidzialnego kulminacyjnego punktu?

A może to po prostu ludzie się rodzą inni niż kiedyś? Gorsi jacyś? Słabsi?

A może to po prostu zwyczajna ludzka przekora, ta sama, co w Edenie?

A może to wina systemu? Ale system to ludzie, że tak pozwolę sobie przytoczyć w tym miejscu pewną osobę, której słowa i autorytet dały mi do myślenia, i która to jest jedną z przyczynek do napisania tego niezgrabnego wywodu. 

Kto jest bez winy, niechaj pierwszy chwyci kamień, i niech rzuci.

To z Biblii. Naturalnie dostrzegam w tej księdze wiele mądrości; fakt, że nie podoba mi się organizacja Kościoła nie zwalnia mnie z powinności szanowania mądrych słów. Mądrym słowom szacunek i próba wcielenia ich w życie zwyczajnie się należy, niezależnie od tego, jakiej rasy, wyznania czy orientacji seksualnej (bo to teraz takie modne pojęcie) był ich autor. Ha, i mówię to ja...

Te akurat słowa z Biblii przytaczam po to, żebyście nie pomyśleli sobie, że dopatruję się wad u innych, a o sobie postrzegam bez winy; tak nie jest!

(...)

Nie wiem sam... Jestem na lekarskim. To cudowny kierunek, na chwilę obecną nie wyobrażam sobie studiowania niczego innego. Pracy - nauki - jest, owszem, bardzo dużo, ale to tylko kwestia przyzwyczajenia i tego, czy to, o czym akurat czytasz ciekawi cię, czy nie; mnie ciekawi bardzo, więc tym samym sprawia mi przyjemność, i nauka nie jest dla mnie tylko obowiązkiem, a raczej przywilejem. Ale mimo, że tak sobie to tłumaczę i tak do tego podchodzę, ciężko mi zmotywować się do dalszej pracy (jak choćby i dzisiaj, jak w całej tej świątecznej przerwie).

Wszystko jest chyba tak naprawdę tylko kwestią podejścia.

Postanowiłem stawiać sobie ambitne cele. Wychodzi różnie. Czasem jest lepiej, czasem jest gorzej... Staram się nie zwariować.

Zmieniam się. Cały czas. Co dzień. I tak już chyba będzie do końca...

Wydaje mi się (a przytoczyłem tak naprawdę tylko kilka durnych przykładów); że ten świat na opak to też wina tego, że ludzie w dużej mierze wybierają to, co łatwe... To też tak a propos tych trudnych wyborów, o których napisałem wcześniej.

Nie będę rzucał konkretnymi przykładami, ale znam wiele różnych ludzi, i pewne zachowania, pewne poglądy na życie sprawiają, że trzęsę się w sobie i nie umiem przejść obok tego obojętnie. Jestem zły, jestem nieprzyjemny, niemiły, złośliwy, okropny... Ogólnie wydaje mi się, że mam trudny charakter. Na pewno ja sam jestem w wielu względach dokładnie taki - niedoskonały. Ale czy to sprawia, że ze wszystkim muszę się zgadzać?

Tylko bezustannie pracując nad sobą jesteśmy w stanie coś zmienić. Baden-Powell mówił:

Starajcie się zostawić ten świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście.

To taka złota myśl. Nie na dziś, na zawsze.

A ja? Ja chyba pójdę już spać... Może jutro poszczęści mi się, i pośpię dłużej niż do godziny ósmej rano, bo póki co, przez te cztery dni ferii, jeszcze mi się nie udało...

(...)

Zupełnie inaczej miał ten wpis wyglądać. Wybaczcie chaos, wybaczcie nieuporządkowanie, niedokończone myśli... Ale to prosto z serca. To szczerze. Czuję się naprawdę o wiele lepiej wiedząc, że właśnie się tymi swoimi refleksjami z kimś podzieliłem. Kwestia oceny, czy cokolwiek wnosi to do Waszego życia, należy do Was.

Spora część postawionych przeze mnie pytań wcale nie była retoryczna. Gdyby znalazł się ktoś, kto przebrnąłby przez ten wpis, i chciał na nie odpowiedzieć, dodać coś od siebie, z czymś się zgodzić lub nie - zapraszam, opcja komentarzy jest otwarta.

Tym, którzy wierzą w Pańskie Zmartwychwstanie - Wesołego Alleluja! Niech ten czas Was umacnia, skłania do zadumy i refleksji nad swoim życiem, pomaga w dokonywaniu dobrych wyborów. Bo zbierając kołaczące się po zakamarkach głowy myśli, a teraz starając się jeszcze jakoś zwieńczyć ten nieuporządkowany wpis, stwierdzam, że to właśnie sztuka wybierania jest chyba w życiu najważniejsza...

piątek, 15 lutego 2013

Walentynki

Walentynki - święto miłości. Mhm... Chyba miłości do wydawania pieniędzy. Albo miłości wielkich koncernów handlowych do zer na koncie. Albo miłości do pomysłów amerykańskich, bo to przecież nic innego, jak kolejny zerżnięty na bezczelnego od amerykanów wymysł, i to, co gorsza, zerżnięty bezmyślnie i bezsensownie.



Nawet nie chodzi o to, Panie Michale, że to zwyczaj zagraniczny, a ja taki jestem zakochany w Polsce, że neguję wszystko, co obce - nie, ale geneza tego walentynkowego szału skłania do refleksji.

Ale to akurat dobre miejsce do odwołania się do poprzedniego wpisu, który był dość jednoznaczny. Chciałbym dodać, że jako Polak, nie uważam się ani za lepszego, ani za gorszego od innych nacji; niewiele jeszcze świata widziałem, bardzo niewiele, ale zakładam, i pewnie mam rację, że są i miejsca piękniejsze, niż w Polsce, ale także brzydsze; jest i lepiej, jest i gorzej... Taka moja postawa i poglądy w ogóle nie biorą się z lepszości, ale z poczucia tego, że tu, w Polsce, jestem u siebie. To sobie cenię, i tego nie chcę dać sobie zabrać.

A wracając do Walentynek - to dzień zupełnie moim zdaniem niepotrzebny. Dzień, kiedy Ci, którzy są z kimś, muszą dwoić się i troić, żeby dobrze wypaść, bo trwa swoisty wyścig miłosnych zbrojeń. A to przecież nie o to chodzi... Kochać powinno się przecież chyba co dzień, a miłość to powinny być bardziej czyny niż słowa, deklaracje.

Walentynki irytują też tych, którzy są sami - nie we wszystkich przypadkach to ich świadomy wybór. To niepotrzebnie smuci, rozżala... Bynajmniej nie motywuje.

Są też i inni, których ten cały czerwony kicz i chłam po prostu śmieszy, a jest to, w większości przypadków, pomieszanie śmiechu i złości.

Ostatecznie można i Walentynki odchorować, tak, jak ja, kiedy człowiek budzi się wdzięczny budzikowi za to, że zadzwonił akurat w momencie, w którym najmniej lubiana koleżanka opowiadała, jak to całowała się ze swoją współlokatorką, i gdzie dokładnie... To wszystko od nadmiaru wczorajszej miłości (czyt. obłudy, sztucznych uśmiechów, w niewielu przykładach miłości w znaczeniu prawdziwym).

Czyli? Więcej z Walentynek szkody, niż pożytku. Ale przynajmniej są dźwignią handlu...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Małe rzeczy?

Zakończymy smutny shopping
Sztucznych, galerianych szczęść.

Tak śpiewała kiedyś Sylwia Grzeszczak w piosence o niekoniecznie wysokiej w moim odczuciu wartości artystycznej, raczej niewartej umieszczenia tutaj; w piosence, która kiedyś odtwarzana była na okrągło w radio, stąd, pewnie w drodze do szkoły, "obiła mi się o uszy". W głowie utkwił mi ten akurat fragment.

Cóż... Jaka kultura, taka galeria...  Jak kultura jest tylko "popkulturą", to i galeria jest handlowa... Brr! Szczerze nie cierpię takich miejsc. Wczorajszy przeszło pięciogodzinny pobyt w gliwickim Forum odchorowałem w nocy, kiedy to śniło mi się, że zamknięto w Gorlicach drogę na Stawiskach, żeby rozbudować jeszcze bardziej Rondo Center...

Co więc robiłem w Forum przez przeszło pięć godzin? Żeby móc obronić się przed ewentualnym zarzutem "zakupocholizmu" należy się słówko wyjaśnienia. Moi znajomi byli wolontariuszami WOŚP, więc pojechałem do Gliwic, żeby spędzić czas w ich towarzystwie. Szczerze powiedziawszy, chyba wszyscy oczekiwaliśmy, że będzie się tam z tej okazji działo coś ciekawego. Ja (bo mogę mówić tylko w swoim imieniu) bardzo się rozczarowałem i wynudziłem.

Ale nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło, bo właśnie ta wizyta w świątyni kapitalizmu, konsumpcji i kultury masowej skłoniła mnie do refleksji nad sprawą, która boli mnie już od dawna...

Język polski. Piękna rzecz, prawda? Polskość w ogóle... Dla mnie coś niesłychanie ważnego. Dlaczego więc my, Polacy, nie szanujemy się, tylko szmacimy i umizgujemy do Zachodu?

Pierwsze, co rzuca się w oczy na wystawach galerianych sklepów to wielkie "SALE". Żeby być obiektywnym dodam, że dzieje się tak na szczęście nie w każdym sklepie, bowiem niektóre z nich prowadzą uczciwie i po ludzku "WYPRZEDAŻE"; ogromna część natomiast już tylko "SALE". To bulwersujące i obrzydliwe! Rozumiem, że sklepy te mają anglojęzyczne nazwy własne czy też nazwy konkretnych produktów. W porządku. Są, nie wnikając w to głębiej, częścią wielkich, międzynarodowych sieci handlowych, lub po prostu tak chcą się nazywać. Ja swojego psa chciałem nazwać Pusia, i nikomu również nic do tego. Ale już komunikacja z klientem, polskim klientem, MUSI odbywać się w języku polskim!

Żyjemy w Polsce, jeśli to komuś się nie podoba, zawsze może wyemigrować. Nie po to nasi dziadkowie walczyli o wolność, także tą językową, żebym teraz ja, wolny, młody Polak, czuł u siebie jak w Anglii czy w Ameryce!

Ktoś powie - ale nie tylko polski klient robi zakupy. Rozumiem; w porządku, takie mamy czasy, że jesteśmy "jedną globalną wioską"; trzeba otwierać się na wszystkich ludzi, starać się do nich dotrzeć - to marketing. Ale, u licha, główny komunikat MUSI być w języku polskim, a następne w takiej mnogości języków, i takiej różnorodności, jakich sobie tylko właściciel sklepu zażyczy.

Rozmawiając wczoraj na ten temat z Anią dowiedziałem się, że natrafiła w hiszpańskim sieciowym sklepie (bodaj H&M) na słowo "wyprzedaż". I bardzo dobrze. Niech i Hiszpan u nas znajdzie u nas "wyprzedaż" w swoim języku, byle tylko nadal komunikat w języku polskim był komunikatem głównym tak, żeby polski klient nie musiał czuć się u siebie w kraju zagubiony.

W końcu spacerując wczoraj po tej nieszczęsnej galerii natknąłem się także i na takie sklepy, w których wprawdzie "WYPRZEDAŻE" organizowano, ale informowano o nich czcionką kilkukrotnie mniejszą niż o "SALACH". To po prostu ordynarny brak szacunku do polskiego klienta! (W związku z tym raczej nie zdarza mi się, albo zdarza mi się niesłychanie rzadko, robić zakupy w tak uwłaczających mi miejscach.)

Dlaczego sobie na to pozwalamy?

Dziwi mnie to, naprawdę, dlaczego tak staramy się doścignąć Zachód, depcząc po drodze swoje poczucie dumy z bycia Polakiem, swój honor. Dlaczego mamy tyle kompleksów? Nie jesteśmy przecież wcale gorsi! Mieliśmy jako kraj i naród trochę bardziej "pod górkę", jeśli spojrzeć na historię; trudno więc nam osiągnąć tak wysoki stopień ucywilizowania jak na zachodzie Europy czy w Ameryce. Ale przecież żyjemy w wolnym kraju, mamy własny, piękny język, bogatą kulturę, kuchnię... Nie ma powodu do pogrążania się w poczuciu niższości.

Moja mama, kiedy rozmawiamy o kuchni, zawsze denerwuje się, że dla wielu osób kotlet schabowy jest przedmiotem drwin; że, dla przykładu, wesele, na którym się go poda to "wieś", a ludzie jedzący go to "wieśniacy" i "buraki". To taki banalny, może nawet trochę śmieszny przykład, ale, wbrew pozorom, trafiający w sedno. Bo ja się wcale swojej mamie nie dziwię; sam nie rozumiem takich ludzi wyśmiewających się z polskiej kuchni i kultury. Dlaczego mielibyśmy się ich wstydzić? Czy chodzi o kompleksy? Czy o chęć zaimponowania obyciem w świecie?

Obycie w świecie samo w sobie nie jest niczym złym; wręcz przeciwnie: trzeba rozwijać się, w miarę możliwości poznawać jak najwięcej nowych miejsc, kultur, smaków; dowiadywać się nowych rzeczy - to piękne, pouczające i rozwijające. Ale nie wolno w tym wszystkim zapominać o swoich korzeniach, o swoim narodowym "ja"; nie wolno wyrzekać się siebie, bo tak robią tylko konformiści i ludzie bez moralnego kręgosłupa.

Wbrew pozorom wysoko rozwinięta cywilizacja nie jest, jak się może wydawać, urzeczywistnieniem dobra; często wiąże się z nią wiele nowych, nieprzewidzianych i niepoznanych jeszcze problemów. Mnie osobiście marzy się powrót ku naturze - niecałkowity, rzecz jasna, ale jednak.

Poza tym Zachód na nas nie czeka. Ameryka nie jest, jak się mówi, naszym przyjacielem i wcale jej nie w nosie znosić dla "Polaczków" wizy. Ale co tam! My, oczywiście, bez szacunku dla siebie samych, biegniemy na zawołanie to do Afganistanu, to do Iraku...

Stop!

Czy gdyby ktoś na ulicy nazwał Cię kurwą, przeszedłbyś obojętnie? Czy dałoby Ci to spokój przez kilka następnych dni, czy potrafiłbyś o tym nie myśleć? Bo jeśli takie słowa wzburzyłyby Cię (a zapewne tak właśnie by było), to dlaczego pozwalasz sobie na tak wiele u siebie w kraju?

Ten temat jest tak szeroki, że pisząc zdaję sobie sprawę, że to, co udało mi się tu zawrzeć, to nie jest nawet wierzchołek góry lodowej. Z czegoś to jednak wynika... Naprawdę, zachęcam do refleksji; my sami stanowimy o sobie, więc warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć.

Przede wszystkim: więcej szacunku do siebie! W niczym nie jesteśmy gorsi od Niemców, Francuzów, Hiszpanów... Naprawdę.

Podsekretarz Stanu Ministerstwa Obrony Narodowej ds. Uzbrojenia i Modernizacji, Gen. Waldemar Skrzypczak, powiedział w filmiku promującym gorlickie harcerstwo tak:

Ja wiem, że teraz pojęcie "patriotyzm" jest niemodne, ale tylko dlatego, że wszyscy są zapatrzeni w Europę, a generalnie zapominają o Polsce. Trzeba odwrócić kolejność, trzeba najpierw myśleć o Polsce, a potem o Europie (...) 

Niech to będzie puentą. Bo tak psuć, jak i naprawiać, zaczyna się od rzeczy małych.

PS. W tak zwanym "międzyczasie" tych z Was, którzy posiadają konto na Facebooku zapraszam do polubienia niniejszej strony:



Niech czasem w Waszych aktualnościach pojawi się grafika, która uświadomi, jak wiele my, Polacy, mamy, i jak dobrze jest być Polakiem.

wtorek, 25 grudnia 2012

Koniec świata

I co? Tak jak myślałem - świat 21. grudnia nie skończył się; zresztą nie skończył się, powiedzmy to sobie szczerze, już po raz kolejny. Ja za swojego stosunkowo krótkiego jeszcze żywota przeżyłem kilka już końców świata... Raz, pamiętam to nawet całkiem nieźle (chociaż byłem może dziesięciolatkiem), kolega przyjechał do mnie i mówił, żeby uważać i bać się, bo w Bieczu świat się już skończył...




Tak więc święta Bożego Narodzenia przyszły już po raz kolejny, i zamyka się z wolna kolejny rok życia - inny niż poprzedni, inny niż następny, a jednak taki sam... Wkoło siebie widzę błogie świąteczne rozleniwienie... Janinka Pituchowa powiedziałaby pewnie, że to wszystko z tego przejedzenia, że to ukrwienie w jelitach większe aniżeli w mózgu; że to wszystko biologia, fizjologia, odwieczne prawo natury... Fakt.

Ale człowiek potrzebuje spokoju. Potrzebuje refleksji, potrzebuje odpoczynku, potrzebuje zatrzymać się i przestać wreszcie biegać; wciąż za czymś biegać, jak to się dzieje w wieku XXI.

Ja nie lubię biegać. W sensie dosłownym, i metaforycznym. Du bist kein Sporttyp (Nie jesteś typem sportowca; sportowcem), powiedziałby o mnie jakiś Niemiec, i miałby sporo racji. Ale też metaforycznie - lubię, jak sprawy mają się z wolna, a czas płynie sobie powolutku; byleby tylko nie przeciekał nie przez palce (choć i to, niestety, dość często mi się zdarza). Lubię spokój, lubię ciszę i zacisze domu... Czasem nie podejmuję o coś walki, odpuszczam - to są takiej postawy wady. Ale, patrząc z drugiej strony, rzadziej się stresuję; nie, nerwów i wyrywania włosów z głowy nie cierpię. To nie prowadzi do niczego dobrego, okropnie się wtedy czuję, narażam się na utratę zdrowia, a już na pewno dobrego nastroju...

Nie chciałbym być źle zrozumiany... Nie jest też tak, że pozostawiam wszystko przypadkowi, bo nie wierzę w cuda (chociaż one się ponoć czasem zdarzają). Nie pochwalam, broń Boże, nieróbstwa, stagnacji, zrezygnowania, marazmu... Nie. Bardziej chodzi mi o to, żeby czasem wrzucić na luz, odpuścić sobie pewne sprawy, które tak naprawdę wcale nie są warte uwagi.

Wyznaję zasadę: carpe diem, i jakoś się to do tej pory sprawdza. Bo we wszystkim trzeba się doszukiwać pozytywów. To działa. Polecam!

A Wy? Nie macie czasem takiego odczucia, że wszystko idzie w zupełnie złym kierunku? Że źle obieramy priorytety, że zamiast cieszyć się czasem spędzanym z rodziną, przyjaciółmi, najbliższymi, wolimy uganiać się za pieniądzem, sławą, władzą? A może ktoś chce nas tego pozbawić, zabrać nam to, co mamy najcenniejsze, odczłowieczyć do reszty, zrobić z nas potulne roboty z klapkami na oczach, spełniające kolejne punkty z góry założonego planu? Jak to jest? Czasem mam takie właśnie refleksje...

Bo żyjemy w zwariowanych czasach. I wcale, wbrew pozorom, niespokojnych. Mimo optymizmu, którego noszę w sobie dość sporo, obawiam się, co będzie za rok, za pięć lat, za dekadę... Jak to jest, że człowiek człowiekowi wilkiem?

Kiedyś, w historii, istniał podział na ludzi lepszych i gorszych. Lepszych, w znaczeniu wolnych, mających trochę więcej szczęścia, bo urodzonych jako obywatele w takich a nie innych warunkach; przez to lepszych niż gorsi, zniewoleni, gorzej sytuowani, gorzej urodzeni. Ale to było przynajmniej klarowne i jasne. Brutalne, owszem, ale czytelne. A teraz? Teraz wszyscy są równi. I wolni. Tak nam mówią. A tak naprawdę podział na klasy gorszych i lepszych ludzi był, jest, i będzie. Kryterium tego podziału to pieniądz i władza, nieraz cicha, nierzucająca się w oczy, pociągająca za odpowiednie sznurki z ukrycia.

Sam nie wiem... Czy lepiej o tym myśleć, czy lepiej, twierdząc, że zmienić nie da się nic, odpuścić sobie i zająć się po prostu swoim życiem, skupić się na tym, czego sobie pozwolić odebrać nie możemy?

Święta Bożego Narodzenia sprawiają, że widzę to wyraźniej: my, ludzie, stajemy się coraz bardziej zwierzęcy; coraz mniej w nas empatii, wrażliwości na drugiego człowieka. Tylko że zwierzęta mają jeszcze instynkty, które je chronią od samozagłady. A człowiek? Ha, człowiek wszystkie te instynkty w sobie zagłuszył, albo nawet zabił; lubi to, co mu szkodzi najbardziej. W dupach się poprzewracało, mówiąc kolokwialnie, od dobrobytu. No chyba, że to coś więcej; chyba, że to mechanizm przyrody, który zaczyna działać, bo jest nas coraz więcej i więcej? Może Ziemia broni się przed przeludnieniem?

Może to jest koniec świata? (...)

I szkoda zwać człowiekiem, kto bydlęce żyje
Tkając, lejąc w się wszytko, póki zstawa szyje;
Nie chciał nas Bóg położyć równo z bestyjami:
Dał nam rozum, dał mowę, a nikomu z nami. 
~ Jan Kochanowski, Pieśń XIX 

Wesołych Świąt. Spokoju, uśmiechu, przyjaźni, miłości. I refleksji...
Życzy Maciek.

sobota, 22 grudnia 2012

Bóg

Już od dłuższego czasu ( czyt. kilka ubiegłych dni) miałem zabrać się do napisania tego posta, jednakże trochę zapchany tydzień oraz moje lenistwo w pewien sposób były przeszkodą do finalizacji tego procesu. Rozpoczynając przerwę świąteczną, czilując w domu, mam sposobność na spokojnie usiąść i przemyśleć co w tym temacie miałbym do powiedzenia.
   
Zawsze jak wśród znajomych jest poruszany ten temat, to mimowolnie zabieram głos i dodaję swoje 5 groszy. Jest to temat woda, głęboki. Można wręcz uznać, że dyskusja na ten temat to nieustająca batalia między dobrem (naszym poglądem) oraz złem (poglądem odmiennym od naszego). Na kartach historii niejednokrotnie przelewana była krew niewinnych w imię wyżej wymienionego "dobra". Czy jest możliwość odnalezienia religii idealnej, sprecyzowania i potwierdzenia istoty Boga, potwierdzenia cudów, objawień itp. w sposób racjonalny i naukowy? Zadaję sobie to pytanie już dosyć długo. W tym poście mam zamiar przedstawić kilka ciekawych faktów i myśli dotyczących religii i samego Boga.

To nie jest miejsce, żeby w tej tematyce wyrażać swoje osobiste poglądy. Nie mam zamiaru narzucać komuś swoich racji. Przedstawię więc argumenty w sposób subiektywny. Zaznaczam, że fanatycznie nie wierzę, ale również ateistą nie jestem.

Pierwszą ciekawostką, która mi przychodzi do głowy jest idea religii. Wielokrotnie poruszałem z moim ojcem. Dzięki temu mam szerszy kąt widzenia na ten temat.
     
 Każda religia mówi i miłości, czynieniu dobra, szanowaniu bliźniego, nadstawianiu drugiego policzka w obliczu przemocy. W "naszym" ( bo nie tylko nasz :> ) Starym Testamencie spotkałem się z ciekawym przypadkiem. W komplecie lub nieszporach zakonnych są całe teksty o brzmieniu klątwy. Jest to utwór psalmowy, adresatem są heretycy. W każdym wersie jest mowa o niszczeniu, odbieraniu życia, zagładzie, życzeniu nieszczęścia innowiercom. Niestety mimo wnikliwych poszukiwań nie jestem w stanie znaleźć tego fragmentu. Wybrałem się kiedyś z ciekawości z tym tekstem do zakonnika. Uspokoił mnie, jednakże odpowiedź mnie nie satysfakcjonowała. Odpowiedział, że te wersy są symboliczne i mają pokazać twardą rękę Boga, jego siłę i oddanie właściwej idei. Ale czy to nie mija się z głównym celem samej wiary, czynieniu dobra, szanowaniu bliźniego? Tutaj niech każdy odpowie sobie sam.

Drugi ciekawy przypadek odnosi się do już starożytnych Indii. Nie będę rzucał datami, bo to nieistotne, ale wpadłem na to ostatnio podczas nauki na historię medycyny. W historii Indii można wyróżnić pewien moment, w którym hinduizm został wypierany przez buddyzm. Za ten fakt odpowiadał ówczesny cesarz Indii. Mimo, że wierzenia się zazębiają, to w buddyzmie zaznacza się większą wagę do ' karmy' i do działań przyczynowo skutkowych. Co to oznacza? Jeśli będziesz dobrze żył, będziesz dobry dla innych, to w następnym wcieleniu będziesz miał lepiej. W innym wypadku będziesz miał gorzej niż dotychczas. A jeśli masz teraz źle, to oznacza, że w poprzednim wcieleniu byłeś złym człowiekiem. Przyglądając się systemowi kastowemu i ówczesnemu społeczeństwu ( swoją drogą dużo się nie zmieniło), gdzie jednostki były zamożne, a masa umierała z głodu, można dojść do ciekawego wniosku. Czyż cesarz w obawie przed buntem biedoty i proletariatu nie wpadł na pomysł stworzenia pewnej wiary która miałaby obiecywać lepsze następne życie, jeśli obecne przeżyjemy czyniąc tylko dobro? Zaszczepiając takie wierzenie momentalnie strzelił przeciwnikowi w kolano. Omamieni ludzie nie buntowali się, ponieważ mogłoby to doprowadzić do pogorszenia kolejnego etapu reinkarnacji.

Trzecią ciekawostką jest ludzkość naszego mesjasza Jezusa. Na UJ w Bibliotece Narodowej są kroniki spisane przez Pana Ibidema herbu Tamże ( niestety znowu nie pamiętam przez kogo, ale według mnie jest to mało istotny fakt). Kroniki te to swego rodzaju spis ludności sprzed 2000 lat.
Jezus istniał, miał ludzkich rodziców ( w kronikach), ludzkie cechy ( niski, pulchny). Jak mniemam są wzmianki o małżonce. Na ten fakt powołują się dzisiejsi chrześcijańscy księża pragnący obalenia celibatu. :)

Wydaję mi się, że na dzisiejszą notkę to już wystarczy, bo nie chcę zanudzać. Jak już mówiłem jest to temat woda, więc nigdy nie będzie zakończony, toteż będę do niego co jakiś czas wracał, jak będą mi się przypominać niektóre rzeczy. Wychodzę z założenia i czerpię mądrość ze słów Seneki : Bonus tempore tantum a deo differt. Dobry człowiek różni się od Boga tylko czasem trwania.
Niezależnie od poglądów czy wierzeń, czyniąc dobro nie zostaniemy sami w chwilach zwątpienia i los się do nas uśmiechnie. Czy to jest przypadek, czy kwestia losu,  czy wynagrodzenie od Boga? Tego już nikt nie wie :)


Polecam piosenkę na wieczór, właściwie noc :)

czwartek, 13 grudnia 2012

Anatomia

Jak wygląda niebo? Pewnie każdy trafia do swojego, osobistego, wymarzonego... Moje byłoby chyba hurtownią artykułów papierniczych i biurowych, a na bocznej ścianie największego pokoju miałoby, być może, małe drzwiczki prowadzące do Fukiera Magdy Gessler.

Od zawsze lubiłem kupować nowe zeszyty. Czyste kartki - kratkowane, czekające tylko na jakieś słowa, jakieś rysunki, choć w tych nigdy nie byłem dobry; kartki ciekawe jakichś pamiętników, tajemnic... Tak, to zdecydowanie mój świat. Pewnie właśnie dlatego siedziałem we wtorek do trzeciej nad ranem opracowując wraz z Michałem szablon bloga. Z podekscytowania nie mogłem zasnąć, głowę miałem (i mam dalej) pełną pomysłów; ten blog - zawsze to nowa rzecz, nowe doświadczenie.

Niby moje przygody z nowymi zeszytami kończyły się przeważnie po kilku zapisanych stronach, bo potem była zawsze zmiana koncepcji, chłodna refleksja, ocena tego, co powstało... Ale tym razem ma być, no i będzie inaczej. M & M to nasza dwójka, a nie ja sam. Nie wywinę więc Michałowi świństwa, nie zniknę, nie zwinę interesu - to znaczy, że motywacja jest!

Teraz czas na to, by dalej być sobą. Tu, w ramach bloga. Tyle, że od innej strony, takiej, w której jeszcze sam siebie nigdy nie sprawdzałem: swoimi poglądami i przemyśleniami nie dzieliłem się z szerszym gronem odbiorców. (No, może nie licząc kilku pożałowania godnych artykułów na Interia360 kilka lat temu.)

Teraz czas się sprawdzić!

Dzisiaj na przykład na ćwiczeniach z anatomii miałem taką myśl, że człowiek nie jest wewnątrz piękny. Te preparaty, z których my, studenci, korzystamy, wcale nie są ładne; wręcz przeciwnie - są szare, poszarpane, poniszczone; śmierdzą formaliną w których się je przechowuje. Ale to był człowiek. Człowiek, który dokonał rzeczy wielkiej - swoje ciało pozostawił nam, żebyśmy mogli się uczyć i nieść później pomoc innym. Człowiek, który pomógł i nam w zdobywaniu wiedzy, i wszystkim chorym już, leczonym przez lekarzy, i chorym potencjalnym, którzy kiedyś do lekarzy przyjdą.

Wychodzi więc na to, że w człowieku piękne jest nie ciało, lecz dusza, psychika, jaźń, ego... Nie wiem, wstawcie tu jakiekolwiek synonimiczne, mądre pojęcie... To czyni człowieka kimś wyższym ponad inne byty.

Z drugiej jednak strony świat zmierza w tak szalonym kierunku, obserwuje się takie zezwierzęcenie i tak brutalny zanik humanitarnych odruchów, że nie wiem, co z tego wyniknie... Oczywiście, jest bardzo wiele dobrych, pojedynczych jednostek, natomiast ogólny trend nie napawa optymizmem; lansowany ideał egoizmu, zadufania w sobie, hedonizmu... To nie jest dobre, i do niczego dobrego doprowadzić nie może.

Co w fizyczności człowieka zdumiewa? Złożoność. Ale to dotyczy całej przyrody. Jestem wręcz zafascynowany tym, jak skomplikowane mechanizmy rządzą światem... Wiem tak niewiele, a i tak to, co wiem, nie pozwala mi przejść obok siebie obojętnie, napawa pokorą i chęcią do poznawania rzeczy kolejnych. Dlatego jestem tu, na uczelni medycznej - to właśnie z ciekawości świata, chęci poznawania złożoności życia. Pomaganie innym to również ważny aspekt, wręcz fundamentalny, ale skłamałbym, jeśli bym powiedział, że to nie ciekawość grała pierwsze skrzypce.

Zawsze kiedy zastanawiam się nad tym, jak powstał świat, dochodzę do tego, że my, ludzie, nie jesteśmy sami, że jest jakiś bóg - nie wiem - Bóg? Allah? Jahwe? Zeus? Jakiś byt, który temu wszystkiemu dał początek. Wzięci naukowcy powiedzą pewnie, że przecież był Wielki Wybuch, że wszystko, cały Wszechświat, że to wszystko wzięło się z małego jak groszek ziarenka. Ale co? Skąd wzięło się to ziarenko? Takich przykładów można wymienić nieskończoność... Ale ludzka głowa i tak nigdy nie ogarnie tego faktu.

A przyroda? Teraz, kiedy przyszła zima? Jest biało, mroźno, przyjemnie... Trochę zbyt krótko trwa dzień, ale to też jest prawo natury. Bo właśnie ona zawsze dobrze nastraja mnie, zawsze skłania do refleksji, zawsze koi nerwy, łagodzi ból. Tak tęsknię za swoimi Beskidami... Teraz, w zimie, wyglądają cudownie, tak zresztą jak każdej pory roku; kocham je w każdej odsłonie.

Mnie natura uczy pokory wobec świata. Bo tak naprawdę jesteśmy tu gośćmi i długo miejsca nie zagrzejemy. Trzeba więc żyć uczciwie, dobrze, nie rozpychać się; aż mi się przypomniał Tadeusza Różewicza List do ludożerców. (Tu: w wykonaniu Karoliny Cichej.)




Nie wiem, może młodzi jeszcze jesteśmy, może świat nas jeszcze zepsuje, może te buńczuczne idee kiedyś nam przejdą? Może... Oby nie!

Będąc już w zupełnie przedświątecznym nastroju i tkwiąc w zupełnym braku motywacji do nauki i bezczelnym nicnierobieniu zapraszam do cudownej piosenki, która nigdy nie znudzi mi się i nie straci swej mocy. Niech zabrzmią w waszych głośnikach zjawiskowa Nicole Kidman i przystojny jak zawsze Robbie Williams w niezapomnianym Something stupid.




Życzę miłego popołudnia, pozdrawiam, a szczególne ukłony składam w stronę Ani, której nieśmiało dedykuję powyższą piosenkę...

środa, 12 grudnia 2012

Witaj świecie!

Witaj świecie! - tak zawsze pierwsze, automatycznie dodawane przez system notki na blogach tytułował WordPress. W sumie trochę już w blogowaniu doświadczenia mam, bo bloguję odkąd mam w domu łącze internetowe, a to będzie z jakichś dobrych siedem lat...

Blogowałem już w miejscach różnych, począwszy od blog.onet.pl, gdzie pisałem FaLkĄ i dawałem upust swej dziecięcej fantazji, poprzez WordPressa na egzotycznych zagranicznych serwerach, na osobistym blogu na hasło skończywszy, który, szczęśliwie, prowadzę (ostatnio jakby mniej intensywnie) już przeszło od lat trzech i pół.

Maćko jestem, Macio, Maciek; studiuję medycynę i chcę być w przyszłości lekarzem. Lubię słuchać muzyki i tak dalej... Jeśli kogoś naprawdę to interesuje, zapraszam do profilu; jeśli ktoś tam rzeczywiście trafi, będzie mi z powodu zainteresowania moją osobą bardzo miło.

Będę stopniowo odkrywał się przed wami. Na razie informacji garść. Ot, marna próba wzbudzenia ciekawości. (Choć na razie pewnie i tak nie bardzo jest w kim ją wzbudzać.)

O, to jest ważne. Bo skoro medycyna to nauka ścisła, skoro studiuję ją i mogę nazwać się umysłem ścisłym, albo chociaż ścisłowcem, to muszę przyznać się, że mimo to noszę w sobie jakiś humanistyczny pierwiastek, który bardzo sobie cenię. Chcę więc o niego dbać, stąd pomysł pisania, blogowania. Uwielbiam bawić się słowami, formować z nich coraz to nowe zdania, czasem nawet przekombinować (i przez to - bywa - narażać się na śmieszność).

Bo na tym moim małym, zaściankowym, obwarowanym hasłem blogu to mi już język zdziczał. A teraz, niech to będzie, powiedzmy, taki rodzaj terapii - otworzę się na czytelników, o ile jakichkolwiek mieć będziemy, i postaram się dla nich pisać najbardziej przystępnie, jak potrafię.

Choć prawdę powiedziawszy blog ten nie jest w moim zamyśle obliczony na sukces. Będzie powodzenie? Daj mu Boże, będzie bardzo miło. Nie? Będziemy pisać dla siebie.

My. Bo właśnie. Jest jeszcze Michał. On też pewnie dzisiaj przywita się ze światem. Tym blogowym. My poznaliśmy się tutaj, w Zabrzu, nieco ponad dwa miesiące temu. Okazuje się, że mamy wiele wspólnych poglądów i zainteresowań - stąd zrodził się pomysł tego bloga. Wiele naszych zdań jest natomiast zupełnie odmiennych i myślę, że to będzie o nawet ciekawsze niż światopoglądów zbieżność.

Nie mogę powiedzieć, o czym będzie ten blog. Sami jeszcze tego do końca nie wiemy. Chodzi o pisanie, wymianę myśli i poglądów, słowo w ruchu... Myślę, że będzie o wszystkim po trochu. Jeżeli ktoś ma ochotę czytać to, o czym napisać może dwójka świeżo upieczonych studentów na temat życia, miłości, medycyny i przysłowiowej dupy Maryny - serdecznie zapraszam!

Życzę dobrej nocy. Pozdrawiam, i do przeczytania.