Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lutego 2015

I w przód, i w przód, i w przód!

Jest jedna rzecz, która w studiowaniu medycyny podoba mi się szczególnie. Nie - nie chodzi o to, że mamy teraz trzy tygodnie wolnego (a za rok o tej porze będziemy zgrzytać zębami przed kombinacją: farmakologia - dermatologia - patologia). Nie chodzi nawet o to, że potrafimy ten czas jakoś lepiej docenić i wykorzystać, mając w pamięci dwa minione, w pewnym sensie stracone lata...

W tych studiach podoba mi się to, że każdego tu pcha wciąż w przód jakaś siła, która każe realizować się, stawać się coraz lepszym, wymagać od siebie coraz więcej, i więcej. (Czasami można popaść nawet w przesadne wyrzygiwanie sobie wszystkiego, że tak się wyrażę; nie o to też chodzi, wiadomo - zdrowy umiar zachować trzeba).

Zostałem w Zabrzu na tydzień, bo akurat mam do załatwienia parę spraw na Śląsku - i prywatnych, i uczelnianych (konsultacje z angielskiego i koło z chemii). W sumie jest tu teraz niewiele osób, ale radzimy sobie bardzo świetnie. Choć wolnego czasu mam teraz sporo, to cały czas jest coś do roboty - a to coś czytam, a to gotuję, a to sprzątam...

I tak wczoraj ze znajomymi spotkaliśmy się u mnie, wypiliśmy piwko i pograliśmy w Kolejkę i Jugle speeda, a dzisiaj, dla odmiany, bardzo ciekawy wieczór spędziliśmy w Katowicach. Zaczęliśmy od Namaste, bardzo ciekawego klubu podróżników, który serdecznie polecam wszystkim, którzy pojawią się kiedyś w sercu Śląska. Byłem tam dzisiaj po raz pierwszy, ale na pewno wrócę znów (i to chyba nawet 24 lutego). W Namaste oglądaliśmy ciekawe slajdowisko przygotowane przez Piotra Boderę, który podróżował przez pół roku od Japonii, poprzez, między innymi, Wietnam, Chiny, Hong-Kong, Tajlandię i Australię do Nowej Zelandii.

Po hamburgerze mieliśmy jeszcze siłę na krótki spacer po terenie Nowego Muzeum Śląskiego, które pod względem architektonicznym urzeka mnie po zmroku i w zimowej scenerii bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, a pod względem merytorycznym... cóż... jest na szczycie mojej listy rzeczy, które w najbliższym czasie obejrzeć muszę! (Na stronie wyczytałem, że otwarcie 26 czerwca, więc chwilę jeszcze będę musiał poczekać).

Zaczytuję się obecnie w książce Pakt Ribbentrop-Beck Piotra Zychowicza i ręce załamuję nad odwieczną indolencją polskich polityków. Czyta się to jednak z zapartym tchem, a w głowie przemykają się co chwilę tak świetnie zapamiętane z historii w szkole podstawowej słowa Pani Skałby: W polityce nie ma sentymentów! Święta prawda.

O tym, i o wielu innych rzeczach rozmawialiśmy po drodze. O jedzeniu. O wystroju i urządzeniu Namaste. O kawiarni, o której marzę w przyszłości. Nawet o wpływie przeżyć z dzieciństwa na charakter człowieka. Ludzie mają przeróżne zainteresowania!

Nie piszę tego po to, żeby dowartościować siebie i swoje otoczenie, ale dlatego, że to po prostu bardzo budujące. Ktoś pisze pracę naukową, ktoś robi oznaczenia stężeń jakichś markerów w ślinie albo we krwi... Wszystko idzie do przodu - nawet w ferie, gdy można poleżeć.

Chyba nie tak bardzo chodzi tu o same studia medyczne, jak raczej o to, żeby robić to, co się kocha, i do czego czujecie, że macie powołanie. To naprawdę uszczęśliwia człowieka nawet, jeśli bywa trudno.

Hm... I tak niepostrzeżenie powróciłem po długiej swej nieobecności. Niesiony falą pozytywnych emocji i dużą dozą wolnego czasu jutro, zapewne po konsultacjach z angielskiego, zabieram się czym prędzej do rozpisania próby na stopień Harcerza Rzeczypospolitej, bo trochę mi się udało na powrót zbliżyć do harcerstwa. Dobra próba to dobra motywacja, a tej, jeśli chce się przeć do przodu - nigdy za wiele!

piątek, 11 października 2013

Tym razem o medycynie słów kilka

Do napisania tego postu przymierzałem się już od dłuższego czasu, choć chyba niekoniecznie chodziło o to, co napiszę dzisiaj... Tamte tematy, o których planowałem wspomnieć, nie wydały mi się jednak dostatecznie ważne, by dzielić się nimi z kimkolwiek, więc przez długą chwilę było z mojej strony cicho.

Teraz jednak napiszę o czymś, czym - siłą rzeczy - żyję od przeszło roku: napiszę o moich ukochanych studiach. (Tu nie ma żadnej ironii!) Jesteśmy tutaj w Zabrzu na drugim roku lekarskiego: ja, Michał - współautor Servusa... - i parędziesiąt innych osób - naszych przyjaciół, znajomych.

Jeszcze dziewięć dni temu kręciliśmy vloga w centrum Katowic z Michałem właśnie i Szczepanem (moim współlokatorem) - taki mieliśmy pomysł.... Przekonywaliśmy, chyba bardziej samych siebie, niż Was, potencjalnych odbiorców, że na lekarskim nie jest źle, że wszystko można zrobić, jeśli się tylko dobrze rozłoży siły. Do Kato pojechaliśmy na rowerach - zrobiliśmy prawie 30 km, więc niewiele; a z powrotem wracaliśmy pociągiem, bo robiło się już ciemno. Było chłodno, ale całkiem przyjemnie; przede wszystkim dość luźno się czuliśmy, wiedząc, że nadchodzące wyzwania mamy jeszcze przed sobą, i że to może ostatnie chwile takiego relaksu.

A teraz co? Mój i Michała dzień wyglądał dzisiaj następująco:

  • 8:00-9:30 wykład z immunologii
  • 9:35-11:05 wykład z etyki lekarskiej (nie poszliśmy, uczyliśmy się na immuny)
  • 12:00-15:00 wykład ze współczesnych zagrożeń ekologicznych
  • 15:05-18:05 ćwiczenia z immunologii, na nich wejściówka
  • 18:30-20:00 wykład z podstaw prowadzenia badań naukowych

Tak się złożyło, że wybierając fakultety nie wiedzieliśmy, że wszystkie wybrane przez nas odbywać się będą w tym semestrze. Wydaje mi się, że w związku z reformą bezczelnie zabierającą nam jeden rok studiów, trzeci semestr, który właśnie zaczęliśmy, ma szansę być najcięższym w całym toku studiów... Trochę się boję, ale...

Wiecie co? Przeżyliśmy! Przeżyliśmy pierwszy tydzień! Owszem, jeszcze nie wszystko odbywa się tak na 100%, ale też i my jeszcze nie jesteśmy w szczytowej formie, jeśli idzie o naukę. Przeżyliśmy też dzisiejszy dzień-masakrator - ja to nawet chyba wpadłem w jakiś rodzaj transu, i na wykładach notowałem jak nigdy - nawet na fakultecie ze statystyki.

Obecny trzeci rok miał w porównaniu z nami naprawdę łatwiej w zeszłym roku. Oni to chyba z jednej strony się z nas śmieją, a z drugiej pewnie trochę nam współczują, bo sami boją się, co by się stało, gdyby musieli tak studiować...

Po tym tygodniu jedno wiem na pewno - nic nie jest tylko czarne, i nic nie jest tylko białe. Nie da się powiedzieć, że na naszych studiach jest łatwo - bo nie jest. Nie da się też powiedzieć, że to jest nie do przejścia - bo ktoś te studia kończy, a my jak na razie też daliśmy radę pokonać pierwszy rok. Ale te studia są wyjątkowe, i jeśli mieszczą się w ramach czyichś zainteresowań, to polecam je z całą odpowiedzialnością. Nie da się oddać wiernie atmosfery, która tu panuje, pisząc bloga, bo to rzecz bardzo specyficzna, to trzeba przeżyć samemu.

Dla mnie najpiękniejszym momentem dzisiejszego dnia była chwila, kiedy jednocześnie słuchałem wykładu z ekologii, robiłem notatki, i uczyłem się na immunologię z dwóch różnych źródeł. Wtedy poczułem się studentem naprawdę - bombardowanym wiedzą z każdej strony, a mimo to dalej tej wiedzy ciekawym. Już nie czułem się chłystkiem z dopiero co zdaną maturą, ale właśnie studentem...

Kończę już, bo piątkowy wieczór to nie najlepsza pora na siedzenie samemu w mieszkaniu, nawet mimo oczywistego zmęczenia po całym tygodniu, szczególnie dzisiejszym dniu. Na sen przyjdzie jeszcze czas, na obejrzenie opuszczonych w ciągu tygodnia seriali i programów również. Przyjdzie jeszcze w weekend czas na krótki wyjazd na rowerze, na zakupy, na zrobienie prania, na razie jednak trzeba spotkać się z przyjaciółmi. Uwierzcie, to, wbrew obiegowym opiniom, zdarza się na tych studiach wcale nie najrzadziej.

Mam nadzieję, że uda się w tym roku pisać częściej, i że blog ten nabierze wreszcie życia, zacznie pełnić swoją tytułową funkcję.

Z nogami na biurku i opaską na rękę, którą prosto z Nepalu (!) na dzisiejszą immunologię przywiózł mi nasz przyjaciel Piotrek kończę, i pozdrawiam Was. Michał już czeka na skrzyżowaniu - tym razem to ja się spóźniłem.

Jak widzicie - można wszystko. Mimo, że bardzo angażujące, studia medyczne nie odbiorą Wam stu procent waszego życia. Ci, którzy mają tylko i wyłącznie naukę, nie pozostawiając sobie poza nią żadnej przestrzeni na pasje i marzenia, daleko według mnie nie zajadą - wypalą się szybko. Oni nie rozumieją sensu studiowania i piękna studiowania. Bo, jak pokazuje przykład Piotrka, jeśli się tylko chce, można nawet jechać na miesiąc w Himalaje.

Znowu wszystko sprowadza się do motywacji.

Servus medicus - tak go właśnie widzę.