Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 października 2017

System, system, system

Siadam do komputera z niekłamaną przyjemnością i niekłamaną obawą - tak dawno mnie tu nie było... Ja w moim studenckim pokoju w Zabrzu, ze światłem a' la hygge, kubkiem ciepłej herbaty, słuchawkami w uszach z playlistą Nora i opatulony w koc. Za oknem wieją kolejne wichury i orkany, których nazw nawet już nie rejestruję, a ja miałem dzisiaj tę niekłamaną przyjemność, że nie musiałem nigdzie wychodzić. Dzień minął tak szybko, nie zrobiłem właściwie niczego produktywnego... I choć jestem zwolennikiem konstruktywnego wykorzystywania wolnego czasu, to mam takie momenty, kiedy potrzebuję się zatrzymać, nic nie robić, odpocząć...

Pierwszy miesiąc szóstego, ostatniego roku moich studiów za mną. Tak wiele zmieniło się od czasu, gdy jeszcze we dwójkę, z Michałem, zakładaliśmy tego bloga. Mój wrodzony perfekcjonista, ten bies rodem z moralitetu, kusi: zacznij od nowa, stare usuń; na co ci to?! Zmieniłeś się, blog się musi zmienić, Ty się musisz zmienić, wszystko się zmienia!

Zostawię, choć wymaga to samozaparcia. Zostawię, by widzieć zmiany, upływ czasu, dostrzegać jak różna może być moja wrażliwość na przestrzeni lat; by reagować, gdybym zaczął ją tracić.

Szósty rok. Jezu... Kiedyś wyobrażałem sobie, że na szóstym roku medycyny to się już niemal operuje. Teraz, gdy tu jestem, wydaje mi się, że niczego nie umiem. Może nie wystawiam sobie tym zbyt pochlebnego świadectwa, ale w konfrontacji z moimi licealnymi wyobrażeniami studia medyczne wypadają gorzej niż marnie... Niczym ostrzeżenia na paczkach papierosów, foldery uczelni medycznych powinny zawierać kilka formułek, takich, jak te dwie, powiedzmy: Studiowanie medycyny odbiera radość życia; Kierunek lekarski zderza z rzeczywistością dwa razy skuteczniej niż Zderzacz Hadronów (p<0,05).

Nie piszę, żeby się poskarżyć, żeby się pożalić. Bardziej traktuję to jako rachunek sumienia, może formę usprawiedliwienia, analizę wyjściową, by rozwiązać problemy, które dopiero przede mną? Ostatecznie te studia, tę uczelnię nawet, sam sobie wybrałem, ku większej lub mniejszej uciesze osób ze swojego otoczenia. To nie tak, że nie chcę już być lekarzem - przeciwnie, chcę! Bardzo chcę. I chcę być cholernie dobrym lekarzem.

Brzydzę się po prostu systemem, który wymaga ode mnie wyrzeczenia się nieomal każdej formy aktywności społecznej, zwłaszcza przez pierwsze dwa lata studiów, by uczyć się rzeczy nieważnych, zapychających tylko pamięć. Brzydzę się systemem, w którym z braku pieniędzy z roku na rok grupy studenckie są zagęszczane, a komfort choćby rozmowy z pacjentem jest niewielki.

Brzydzę się systemem, w którym asystenci, często chętni, by czegoś nas nauczyć, nie mają takiej możliwości, bo muszą czas dydaktyki dzielić z czekającymi na nich pacjentami (to nawet zrozumiałe) i, co gorsza, toną biurokracji (to zrozumiałe mniej)!

Brzydzę się tym, że najważniejsza jest ilość godzin dydaktycznych, nie zaś ich jakość; tym, że na wielu katedrach nie obowiązuje zwolnienie lekarskie (nie to, co w pracy, w której każdy pracodawca takowe respektuje), a każde jedne zajęcia trzeba odrobić, bo przecież bez tych 30 dodatkowych minut podpierania ścian moja edukacja będzie niekompletna, a moja reputacja i prestiż wątpliwe...

Żeby była jasność - nie mam tu pretensji do konkretnych asystentów, do mojej konkretnej uczelni, mojego wydziału; z nimi wprawdzie na co dzień obcuję i na ich przykładzie mogę wyciągać wnioski, ale problem jest szerszy, systemowy, o czym świadczą moje rozmowy z kolegami z innych wydziałów i sam choćby protest środowiska medycznego, lekarzy rezydentów. Właśnie - bo później też nie jest kolorowo, ale to temat rzeka i nie o tym teraz.

Gdyby ktoś przed studiami powiedział mi, jak to naprawdę wygląda, może przygotowałbym się na to psychicznie lub po prostu wybrał inny kierunek? Zdaję sobie sprawę, że moje teksty trafiają przede wszystkim do grona moich przyjaciół (za co jestem ogromnie wdzięczny), ale być może przeczyta to jakiś przyszły student medycyny. Zwracam się więc do niego / do niej: Kolego! Koleżanko! Zastanów się dwa razy! W moim przypadku te studia to największe rozczarowanie, jakie mnie spotkało do tej pory w życiu...

Brak we mnie pokory. Z tej ułomności doskonale zdaję sobie sprawę, ale po prostu nie umiem mówić, że deszcz pada, gdy plują... Nie mogę patrzeć na sporą część koleżanek i kolegów z roku, którzy tkwią w dziwnej anergii, niezdolni do zawalczenia o siebie, o swoje prawa... Zawsze tak było... Ile razy ja to słyszałem?! Zawsze tak było, więc tak musi być; status quo musi zostać zachowany! Czasami zastanawiam się, jak niektóre osoby chcą walczyć o ludzkie życie i podejmować jakieś decyzje, kiedy truchleją na widok asystenta i przed każdym zaliczeniem...

Nauka... Daleko mi do pilnego studenta, ale jako perfekcjonista przechodzę piekło, gdy okazuje się, że trzeba umieć wszystko. Trochę działam w systemie zero-jedynkowym; często niestety pada na zero, skoro jedynką jest na przykład przeczytanie podręcznika do radiologii Pruszyńskiego: 800 stron A4 do przyswojenia w półtora tygodnia przed egzaminem, pytania układane z tekstu i tabel, bo tak najprościej stworzyć test. A w teście - wiadomo, przypadki kazuistyczne, bo takie, zgodnie z metodologią, są najlepsze w różnicowaniu studentów.

Znów proszę, by nie było to odebrane jako zarzut do katedry radiologii; oni też spełniają jakieś chore systemowe wytyczne, nie mam do nich żalu. Ten przykład jest po prostu świetny i ilustruje to, co w tych studiach wkurza najbardziej.

Jaka jest jakoś wiedzy zdobytej z jednorazowego przeczytania 800 stron A4 podręcznika w półtora tygodnia (jeśli ktoś zdążył!)? Niech każdy odpowie w swoim sumieniu.

System, system, system... Polityka, polityka, polityka... Doszedłem do ściany. Chcę skończyć te studia tu, rozwijać się i pracować tu, w Polsce, ale jeśli na 5800 lekarzy kończących te studia przewiduje się nieco ponad 4000 miejsc specjalizacyjnych, to nie dziwne, że mamy, jak mamy...

Brak we mnie pokory. Nie wiem więc, jak wpasuję się w ten system, jak poradzę sobie z Lekarskim Egzaminem Końcowym, rekrutacją na specjalizację... Dam sobie radę, stać mnie na to; nie brak mi ambicji i determinacji. To nie jest tak, że wszyscy młodzi lekarze chcą wyjechać - większość woli zostać tu, w Polsce, pracować z polskimi pacjentami i im nieść pomoc. Ale oprócz studentów typu dam-sobie-wejść-na-głowę, którzy boją się wszystkiego, nie mając za grosz osobistej godności, i którymi brzydzę się setnie, są także tacy którzy powiedzą w pewnym momencie: dość. Studenci stają się w końcu stażystami, potem rezydentami...

Dla mnie te studia to na szczęście tylko jedna z gałęzi życia. Bardzo ważna, jedna z grubszych, ale nie jedyna, na szczęście. Cieszę się, że nie należę do osób, które po powrocie do domu zamykają się i jedyne, co robią, to nauka. To może być nawet przez pewne osoby odbierane jako chwalebne, ale wiedza teoretyczna, nieużywana, szybko ulatuje; szybciej nawet niż młodość, która w takim stanie odlatuje niepostrzeżenie i nie wróci nigdy...

Strajk Porozumienia Medycznego zmienia świadomość naszego społeczeństwa. To jego ogromny kapitał. Wierzę, że uda się osiągnąć poprawę warunków, jakie panują w polskiej służbie zdrowia. Oczy otwierają także Mali bogowie Pawła Reszki i inne publikacje w tej tematyce. Serce rośnie, gdy do protestu przyłączają się pacjenci trzymający transparenty Lekarze zostańcie z nami, gdy w charakterystycznie dla siebie sarkastyczny sposób o działaniach ministra wypowiada się Szczepan Twardoch, i tak dalej, i tak dalej.

Cóż. Zazwyczaj nie politykuję, ale jeśli w tej polityce jest źródło mojej i wielu innych osób frustracji, warto zabrać głos. Pewne rzeczy zresztą, zapisane, wyzwalają, pozwalają przejść dalej, powziąć nowe działania, by zmienić sytuację, osiągnąć cele. Tego bym sobie właśnie życzył.

Na koniec, żeby trochę podnieść na duchu, wspomnę tylko o spotkaniu, którego uczestnikiem miałem przyjemność być w sobotę. Otóż Uniwersytet Jagielloński w ramach cyklicznych spotkań ze znanymi osobami zaprosił do swojego Auditorium Maximum Jurka Owsiaka. Ze spotkania tego wyniosłem potężną dawkę motywacji, przemyśleń; w głowie zrodziło mi się kilka pomysłów. Owsiak to dla mnie jedna z bardziej wartościowych postaci współczesnej Polski. Jedno mamy ze sobą z pewnością wspólne - obydwaj wolimy realne działanie od teoretycznego.

Gdyby ktoś miał chęć pooglądać zdjęcia ze spotkania (lub mnie na nich znaleźć), służę linkiem: https://www.facebook.com/pg/SalonAllInUJ/photos/?tab=album&album_id=1458577520928290

PS. Miałem jeszcze dodać, ale gdzieś mi w ferworze pisania uciekła ta myśl, że trochę w sobie zaniedbałem w trakcie studiów pierwiastek artystyczno-pisarski. Może więc dzisiejszy hygge dzień spędzony wśród światła i muzyki nie pójdzie na marne, skoro udało mi się to z siebie wyrzucić napisać? (Jak jest z formą literacką, ocenicie sami.)

środa, 4 lutego 2015

I w przód, i w przód, i w przód!

Jest jedna rzecz, która w studiowaniu medycyny podoba mi się szczególnie. Nie - nie chodzi o to, że mamy teraz trzy tygodnie wolnego (a za rok o tej porze będziemy zgrzytać zębami przed kombinacją: farmakologia - dermatologia - patologia). Nie chodzi nawet o to, że potrafimy ten czas jakoś lepiej docenić i wykorzystać, mając w pamięci dwa minione, w pewnym sensie stracone lata...

W tych studiach podoba mi się to, że każdego tu pcha wciąż w przód jakaś siła, która każe realizować się, stawać się coraz lepszym, wymagać od siebie coraz więcej, i więcej. (Czasami można popaść nawet w przesadne wyrzygiwanie sobie wszystkiego, że tak się wyrażę; nie o to też chodzi, wiadomo - zdrowy umiar zachować trzeba).

Zostałem w Zabrzu na tydzień, bo akurat mam do załatwienia parę spraw na Śląsku - i prywatnych, i uczelnianych (konsultacje z angielskiego i koło z chemii). W sumie jest tu teraz niewiele osób, ale radzimy sobie bardzo świetnie. Choć wolnego czasu mam teraz sporo, to cały czas jest coś do roboty - a to coś czytam, a to gotuję, a to sprzątam...

I tak wczoraj ze znajomymi spotkaliśmy się u mnie, wypiliśmy piwko i pograliśmy w Kolejkę i Jugle speeda, a dzisiaj, dla odmiany, bardzo ciekawy wieczór spędziliśmy w Katowicach. Zaczęliśmy od Namaste, bardzo ciekawego klubu podróżników, który serdecznie polecam wszystkim, którzy pojawią się kiedyś w sercu Śląska. Byłem tam dzisiaj po raz pierwszy, ale na pewno wrócę znów (i to chyba nawet 24 lutego). W Namaste oglądaliśmy ciekawe slajdowisko przygotowane przez Piotra Boderę, który podróżował przez pół roku od Japonii, poprzez, między innymi, Wietnam, Chiny, Hong-Kong, Tajlandię i Australię do Nowej Zelandii.

Po hamburgerze mieliśmy jeszcze siłę na krótki spacer po terenie Nowego Muzeum Śląskiego, które pod względem architektonicznym urzeka mnie po zmroku i w zimowej scenerii bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, a pod względem merytorycznym... cóż... jest na szczycie mojej listy rzeczy, które w najbliższym czasie obejrzeć muszę! (Na stronie wyczytałem, że otwarcie 26 czerwca, więc chwilę jeszcze będę musiał poczekać).

Zaczytuję się obecnie w książce Pakt Ribbentrop-Beck Piotra Zychowicza i ręce załamuję nad odwieczną indolencją polskich polityków. Czyta się to jednak z zapartym tchem, a w głowie przemykają się co chwilę tak świetnie zapamiętane z historii w szkole podstawowej słowa Pani Skałby: W polityce nie ma sentymentów! Święta prawda.

O tym, i o wielu innych rzeczach rozmawialiśmy po drodze. O jedzeniu. O wystroju i urządzeniu Namaste. O kawiarni, o której marzę w przyszłości. Nawet o wpływie przeżyć z dzieciństwa na charakter człowieka. Ludzie mają przeróżne zainteresowania!

Nie piszę tego po to, żeby dowartościować siebie i swoje otoczenie, ale dlatego, że to po prostu bardzo budujące. Ktoś pisze pracę naukową, ktoś robi oznaczenia stężeń jakichś markerów w ślinie albo we krwi... Wszystko idzie do przodu - nawet w ferie, gdy można poleżeć.

Chyba nie tak bardzo chodzi tu o same studia medyczne, jak raczej o to, żeby robić to, co się kocha, i do czego czujecie, że macie powołanie. To naprawdę uszczęśliwia człowieka nawet, jeśli bywa trudno.

Hm... I tak niepostrzeżenie powróciłem po długiej swej nieobecności. Niesiony falą pozytywnych emocji i dużą dozą wolnego czasu jutro, zapewne po konsultacjach z angielskiego, zabieram się czym prędzej do rozpisania próby na stopień Harcerza Rzeczypospolitej, bo trochę mi się udało na powrót zbliżyć do harcerstwa. Dobra próba to dobra motywacja, a tej, jeśli chce się przeć do przodu - nigdy za wiele!

czwartek, 31 lipca 2014

Panta rhei


Na samym początku, jakby w ramach przeprosin, że w ciągu tego roku akademickiego tak niewiele się na Servusie medicusie działo, zamieszczam film, jaki z Michałem nakręciliśmy 2 października w Katowicach. Miał to być pierwszy odcinek vloga, którego chcieliśmy stworzyć tutaj, ale my, jak to my - pomysłów tysiąc, i zapał słomiany...

Ha, i teraz, na wakacjach po drugim roku, mogę śmiało powiedzieć - przeliczyliśmy się! Śmiesznie ogląda się taki filmik złożony z pobożnych życzeń, w którym występuje dwóch młodych i... naiwnych! :) Drugi rok dał nam nieźle w kość, i to, czego spodziewaliśmy się, bazując na doświadczeniach z pierwszego roku, nie było wcale adekwatne do tego, jak, dzięki wspaniałej reformie, wygląda nauka na drugim roku... Ale wiecie co? Daliśmy radę. Wprawdzie mamy jeszcze po jednym egzaminie na wrzesień, ale przebrniemy i przez to.

Dzisiejsza notka nie jest może tak refleksyjna, jak to bywało u mnie do tej pory; nie chcę po tak długiej przerwie zmęczyć Was zanadto, bo przydadzą mi się jeszcze czytelnicy. :)

Przydacie mi się, Czytelnicy. No właśnie. Mi.

Rozmawialiśmy z Michałem wielokrotnie na ten temat, i stwierdził on, że blogowanie to nie jego bajka. Szanuję to. Już wtedy, kiedy pisaliśmy we dwójkę, miałem nieco szybsze tempo, chciałem przekazać więcej i trochę krępowałem się, że piszę zbyt często, w porównaniu do niego. Teraz jestem więc na Servusie medicusie sam.

(Oczywiście nasze drogi rozeszły się tylko, jeśli idzie o bloga!)

Wiem, że pisałem kiedyś, że Servus w pojedynkę nie ma sensu, ale właściwie - czemu nie? Mam parę pomysłów ciekawszych, niż skrótowe hasło: Sesja w toku, czy: Witaj 4. semestrze, jak to się zdarzało ostatnio...

Panta rhei - wszystko się zmienia, wszystko płynie. Tym bardziej potrzebny jest taki Servus, by kiedyś przejrzeć się w nim, trochę jak w lustrze, zobaczyć, jak się zmieniłem (zmieniliśmy), jak ewoluowało moje spojrzenie na życie...

Zacząłem filmikiem, to i filmikiem skończę. (A niech sobie taka klamra kompozycyjna wnosi odrobinę kunsztu do tego wpisu.) Ale żeby nie było tak wzniośle, podzielę się internetowym szlagierem, który w tym miejscu zadedykuję obecnym drugorocznym - żeby, mimo tego, że ciężki rok przed nimi - wiedzieli, że dadzą radę, i nie załamywali rąk!

niedziela, 23 lutego 2014

Witaj 4. semestrze!

Chyba wyszedłem nieco z wprawy... Od tylu lat bloguję, a tymczasem nawet nie bardzo wiem, jak zacząć... Chyba po prostu - cieszyć się, że udało mi się, że mam już za sobą 3. semestr! :)

Wspominałem już chyba wcześniej o tym, że jeszcze w okolicach 2 października pojechaliśmy z Michałem i ze Szczepanem do Katowic na rowerach i, planując start vloga, nakręciliśmy pierwsze filmiki, na których zapewnialiśmy, że nie jest na medycynie tak źle, że jak się chce, można znaleźć czas na wszystko... Sromotnie się myliliśmy. 3. semestr pokazał nam, co to znaczy uczyć się non stop. Jedyną sensowną przerwą była chyba dwuipółtygodniowa przerwa bożonarodzeniowa, ale potem już nic poza nauką...

Semestr był skonstruowany o tyle nieszczęśliwie, że jeszcze w półtora tygodnia przed egzaminami (!) uczyliśmy się na poszczególne zaliczenia - m.in. na seminarkę z przemian aminokwasów z biochemii. A potem - w ciągu tygodnia z hakiem - zaliczenie z cytofizjologii, egzamin z immunologii, szkiełka i egzamin histologii, a w przypadku niektórych - także z higieny.

Na szczęście mam to już za sobą... Michał walczy jeszcze z immunologią, ja idealnie wstrzeliłem się w próg zaliczenia tego egzaminu, a histologię zaliczyłem w piątek wieczorem w drugim terminie. Teraz mam nareszcie nieco więcej czasu - czasu dla siebie, czasu na plany i postanowienia.

Wszyscy wiążą z tym 4. semestrem, który w sumie zaczął się już tydzień temu, wielkie nadzieje. Plan mamy bardzo przyjazny (zobacz - kliknij tutaj), i choć przed nami trzy bardzo wymagające przedmioty - biochemia, fizjologia i mikrobiologia - to jako wprawiony rocznik, na którym ktoś postanowił przeprowadzić eksperyment pięcioletniej medycyny, nie poddajemy się!

Każdy chce wreszcie zrobić coś dla siebie - mieć czas na jakiś sport, ruch, książkę niebędącą podręcznikiem...

Liczę na to, że tym razem to już się na pewno uda, i mimo wielu licznych planów - i tutaj będziemy częściej, pisząc co najmniej tak często, jak na początku, a może i częściej? :)

niedziela, 2 lutego 2014

SESJA W PEŁNI!!!

Sesja trwa. Czasu już bardzo niedużo, pracy bardzo wiele... Na razie robię to:


Odezwę się, jak skończę, bo bardzo mi brakuje blogowania... Może mi się uda zachęcić jeszcze i Michała do pisania? Servus... w pojedynkę nie ma przecież sensu...

Życzcie nam szczęścia. Prosimy trzymać kciuki w dniach 3, 4 i 7 lutego! :)

niedziela, 1 grudnia 2013

2. rok

Jaki ja byłem półtora miesiąca temu mądry... Był moment, od zeszłej notki, kiedy i ja na chwilę zapomniałem, że jest coś poza nauką. Za nami dwa ciężkie tygodnie, kiedy skumulowało się wszystko, no i kilka pomniejszych. Ogrom pracy związany ze studiowaniem na 2. roku zaskoczył chyba wszystkich... Aż chce mi się śmiać z naszej naiwności - z tego, że pojechaliśmy wtedy z Michałem i Szczepanem rowerach do Katowic i że kręciliśmy filmiki, które chcieliśmy tu zamieścić i przekonywać, chyba bardziej samych siebie niż Was, że na medycynie nie jest ciężko... Jest. Ten semestr zagrał nam na nosie.

Obiecuję, że w ramach wolnego czasu (to brzmi awykonalnie, ale być moze uda się w tym tygodniu) napiszę coś więcej. Zwrócę się też do Michała, nie wiem, czy on ma ochotę kontynuować jeszcze pisanie Servusa... Cóż, jeśli nie - będzie to koniec, bo taka była idea - żeby pisać we dwóch. Mam jednak nadzieję, że wszystko się ułoży po mojej myśli, bo czego jak czego, ale blogowania to mi akurat brakuje...

Dzisiaj jednak ograniczę się tylko do przytoczenia Wam mojego SMS-a do zabrzańskich przyjaciół. Oddaje on sedno dzisiejszego niby zwykłego, ale ważnego dla mnie dnia.

Właśnie idę spać. Przygotowałem sobie rozpiskę na jutro, żeby wiedzieć, co dokładnie ogarnąć na tę seminarkę z biochemii, komputer zaniosłem do kuchni i książki położyłem na półce przy łóżku. Leżę wykąpany w czystej pościeli, jutro będę jadł pyszne rzeczy z domu.

Dowiedziałem się dzisiaj paru ciekawych rzeczy, odpocząłem fizycznie i przede wszystkim psychicznie.

Ostatnio wątpiłem, czy medycyna była dobrym wyborem, ale dzisiejszy dzień dał mi pewność, że tak - kryzys zażegnany. Po prostu bałem się, że stanę się niewolnikiem tych studiów i książek, a teraz znów wiem, że robię to BO CHCĘ i BO TO MA SENS - nawet jeśli nie w tym momencie, to w ostatecznym rozrachunku.

Brakowało mi muzyki, śpiewania, relaksu, dobrej lektury i dobrej audycji. Chciałem ugotować i zjeść coś dobrego. Na to wszystko pozwoliłem sobie dzisiaj.

Nigdy nie będę uprawiał ascezy. Zapomniałem o zasadzie złotego środka. Nie można liczyć sobie przyjemności, nie można też się w nich zatracić.

Nie żałuję, że nie zrobiłem niczego, jeśli idzie o naukę. Tym więcej mam na jutro, wiem, ale wierzę, że wstanę przed dziewiątą i po śniadaniu od razu zacznę pracę nie tracąc czasu na głupoty. Wszystko jest do zrobienia.

Sobota to prawie zawsze dzień stracony. Ale tym razem straciłem go naumyślnie i chyba całkiem rozsądnie.

Nawet jeśli mylę się, to przecież nic z tego nie wynika - najgorszą z możliwych konsekwencji będzie konieczność powtórki materiału i zaliczenie go w środę. I tak zbiorcza za tydzień, więc to tylko dodatkowa motywacja. Poza tym muszę przestać stresować się, bo czuję, jak znosi to moje ciało, jak wariuje moje serce...

To był dobry dzień. Życzę Ci więc dobrej nocy. Jutro będę nieosiągalny.
Twój Przyjaciel - M.

piątek, 11 października 2013

Tym razem o medycynie słów kilka

Do napisania tego postu przymierzałem się już od dłuższego czasu, choć chyba niekoniecznie chodziło o to, co napiszę dzisiaj... Tamte tematy, o których planowałem wspomnieć, nie wydały mi się jednak dostatecznie ważne, by dzielić się nimi z kimkolwiek, więc przez długą chwilę było z mojej strony cicho.

Teraz jednak napiszę o czymś, czym - siłą rzeczy - żyję od przeszło roku: napiszę o moich ukochanych studiach. (Tu nie ma żadnej ironii!) Jesteśmy tutaj w Zabrzu na drugim roku lekarskiego: ja, Michał - współautor Servusa... - i parędziesiąt innych osób - naszych przyjaciół, znajomych.

Jeszcze dziewięć dni temu kręciliśmy vloga w centrum Katowic z Michałem właśnie i Szczepanem (moim współlokatorem) - taki mieliśmy pomysł.... Przekonywaliśmy, chyba bardziej samych siebie, niż Was, potencjalnych odbiorców, że na lekarskim nie jest źle, że wszystko można zrobić, jeśli się tylko dobrze rozłoży siły. Do Kato pojechaliśmy na rowerach - zrobiliśmy prawie 30 km, więc niewiele; a z powrotem wracaliśmy pociągiem, bo robiło się już ciemno. Było chłodno, ale całkiem przyjemnie; przede wszystkim dość luźno się czuliśmy, wiedząc, że nadchodzące wyzwania mamy jeszcze przed sobą, i że to może ostatnie chwile takiego relaksu.

A teraz co? Mój i Michała dzień wyglądał dzisiaj następująco:

  • 8:00-9:30 wykład z immunologii
  • 9:35-11:05 wykład z etyki lekarskiej (nie poszliśmy, uczyliśmy się na immuny)
  • 12:00-15:00 wykład ze współczesnych zagrożeń ekologicznych
  • 15:05-18:05 ćwiczenia z immunologii, na nich wejściówka
  • 18:30-20:00 wykład z podstaw prowadzenia badań naukowych

Tak się złożyło, że wybierając fakultety nie wiedzieliśmy, że wszystkie wybrane przez nas odbywać się będą w tym semestrze. Wydaje mi się, że w związku z reformą bezczelnie zabierającą nam jeden rok studiów, trzeci semestr, który właśnie zaczęliśmy, ma szansę być najcięższym w całym toku studiów... Trochę się boję, ale...

Wiecie co? Przeżyliśmy! Przeżyliśmy pierwszy tydzień! Owszem, jeszcze nie wszystko odbywa się tak na 100%, ale też i my jeszcze nie jesteśmy w szczytowej formie, jeśli idzie o naukę. Przeżyliśmy też dzisiejszy dzień-masakrator - ja to nawet chyba wpadłem w jakiś rodzaj transu, i na wykładach notowałem jak nigdy - nawet na fakultecie ze statystyki.

Obecny trzeci rok miał w porównaniu z nami naprawdę łatwiej w zeszłym roku. Oni to chyba z jednej strony się z nas śmieją, a z drugiej pewnie trochę nam współczują, bo sami boją się, co by się stało, gdyby musieli tak studiować...

Po tym tygodniu jedno wiem na pewno - nic nie jest tylko czarne, i nic nie jest tylko białe. Nie da się powiedzieć, że na naszych studiach jest łatwo - bo nie jest. Nie da się też powiedzieć, że to jest nie do przejścia - bo ktoś te studia kończy, a my jak na razie też daliśmy radę pokonać pierwszy rok. Ale te studia są wyjątkowe, i jeśli mieszczą się w ramach czyichś zainteresowań, to polecam je z całą odpowiedzialnością. Nie da się oddać wiernie atmosfery, która tu panuje, pisząc bloga, bo to rzecz bardzo specyficzna, to trzeba przeżyć samemu.

Dla mnie najpiękniejszym momentem dzisiejszego dnia była chwila, kiedy jednocześnie słuchałem wykładu z ekologii, robiłem notatki, i uczyłem się na immunologię z dwóch różnych źródeł. Wtedy poczułem się studentem naprawdę - bombardowanym wiedzą z każdej strony, a mimo to dalej tej wiedzy ciekawym. Już nie czułem się chłystkiem z dopiero co zdaną maturą, ale właśnie studentem...

Kończę już, bo piątkowy wieczór to nie najlepsza pora na siedzenie samemu w mieszkaniu, nawet mimo oczywistego zmęczenia po całym tygodniu, szczególnie dzisiejszym dniu. Na sen przyjdzie jeszcze czas, na obejrzenie opuszczonych w ciągu tygodnia seriali i programów również. Przyjdzie jeszcze w weekend czas na krótki wyjazd na rowerze, na zakupy, na zrobienie prania, na razie jednak trzeba spotkać się z przyjaciółmi. Uwierzcie, to, wbrew obiegowym opiniom, zdarza się na tych studiach wcale nie najrzadziej.

Mam nadzieję, że uda się w tym roku pisać częściej, i że blog ten nabierze wreszcie życia, zacznie pełnić swoją tytułową funkcję.

Z nogami na biurku i opaską na rękę, którą prosto z Nepalu (!) na dzisiejszą immunologię przywiózł mi nasz przyjaciel Piotrek kończę, i pozdrawiam Was. Michał już czeka na skrzyżowaniu - tym razem to ja się spóźniłem.

Jak widzicie - można wszystko. Mimo, że bardzo angażujące, studia medyczne nie odbiorą Wam stu procent waszego życia. Ci, którzy mają tylko i wyłącznie naukę, nie pozostawiając sobie poza nią żadnej przestrzeni na pasje i marzenia, daleko według mnie nie zajadą - wypalą się szybko. Oni nie rozumieją sensu studiowania i piękna studiowania. Bo, jak pokazuje przykład Piotrka, jeśli się tylko chce, można nawet jechać na miesiąc w Himalaje.

Znowu wszystko sprowadza się do motywacji.

Servus medicus - tak go właśnie widzę.