Chyba wyszedłem nieco z wprawy... Od tylu lat bloguję, a tymczasem nawet nie bardzo wiem, jak zacząć... Chyba po prostu - cieszyć się, że udało mi się, że mam już za sobą 3. semestr! :)
Wspominałem już chyba wcześniej o tym, że jeszcze w okolicach 2 października pojechaliśmy z Michałem i ze Szczepanem do Katowic na rowerach i, planując start vloga, nakręciliśmy pierwsze filmiki, na których zapewnialiśmy, że nie jest na medycynie tak źle, że jak się chce, można znaleźć czas na wszystko... Sromotnie się myliliśmy. 3. semestr pokazał nam, co to znaczy uczyć się non stop. Jedyną sensowną przerwą była chyba dwuipółtygodniowa przerwa bożonarodzeniowa, ale potem już nic poza nauką...
Semestr był skonstruowany o tyle nieszczęśliwie, że jeszcze w półtora tygodnia przed egzaminami (!) uczyliśmy się na poszczególne zaliczenia - m.in. na seminarkę z przemian aminokwasów z biochemii. A potem - w ciągu tygodnia z hakiem - zaliczenie z cytofizjologii, egzamin z immunologii, szkiełka i egzamin histologii, a w przypadku niektórych - także z higieny.
Na szczęście mam to już za sobą... Michał walczy jeszcze z immunologią, ja idealnie wstrzeliłem się w próg zaliczenia tego egzaminu, a histologię zaliczyłem w piątek wieczorem w drugim terminie. Teraz mam nareszcie nieco więcej czasu - czasu dla siebie, czasu na plany i postanowienia.
Wszyscy wiążą z tym 4. semestrem, który w sumie zaczął się już tydzień temu, wielkie nadzieje. Plan mamy bardzo przyjazny (zobacz - kliknij tutaj), i choć przed nami trzy bardzo wymagające przedmioty - biochemia, fizjologia i mikrobiologia - to jako wprawiony rocznik, na którym ktoś postanowił przeprowadzić eksperyment pięcioletniej medycyny, nie poddajemy się!
Każdy chce wreszcie zrobić coś dla siebie - mieć czas na jakiś sport, ruch, książkę niebędącą podręcznikiem...
Liczę na to, że tym razem to już się na pewno uda, i mimo wielu licznych planów - i tutaj będziemy częściej, pisząc co najmniej tak często, jak na początku, a może i częściej? :)
Archiwum bloga
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 lutego 2014
niedziela, 1 grudnia 2013
2. rok
Jaki ja byłem półtora miesiąca temu mądry... Był moment, od zeszłej notki, kiedy i ja na chwilę zapomniałem, że jest coś poza nauką. Za nami dwa ciężkie tygodnie, kiedy skumulowało się wszystko, no i kilka pomniejszych. Ogrom pracy związany ze studiowaniem na 2. roku zaskoczył chyba wszystkich... Aż chce mi się śmiać z naszej naiwności - z tego, że pojechaliśmy wtedy z Michałem i Szczepanem rowerach do Katowic i że kręciliśmy filmiki, które chcieliśmy tu zamieścić i przekonywać, chyba bardziej samych siebie niż Was, że na medycynie nie jest ciężko... Jest. Ten semestr zagrał nam na nosie.
Obiecuję, że w ramach wolnego czasu (to brzmi awykonalnie, ale być moze uda się w tym tygodniu) napiszę coś więcej. Zwrócę się też do Michała, nie wiem, czy on ma ochotę kontynuować jeszcze pisanie Servusa... Cóż, jeśli nie - będzie to koniec, bo taka była idea - żeby pisać we dwóch. Mam jednak nadzieję, że wszystko się ułoży po mojej myśli, bo czego jak czego, ale blogowania to mi akurat brakuje...
Dzisiaj jednak ograniczę się tylko do przytoczenia Wam mojego SMS-a do zabrzańskich przyjaciół. Oddaje on sedno dzisiejszego niby zwykłego, ale ważnego dla mnie dnia.
Właśnie idę spać. Przygotowałem sobie rozpiskę na jutro, żeby wiedzieć, co dokładnie ogarnąć na tę seminarkę z biochemii, komputer zaniosłem do kuchni i książki położyłem na półce przy łóżku. Leżę wykąpany w czystej pościeli, jutro będę jadł pyszne rzeczy z domu.
Dowiedziałem się dzisiaj paru ciekawych rzeczy, odpocząłem fizycznie i przede wszystkim psychicznie.
Ostatnio wątpiłem, czy medycyna była dobrym wyborem, ale dzisiejszy dzień dał mi pewność, że tak - kryzys zażegnany. Po prostu bałem się, że stanę się niewolnikiem tych studiów i książek, a teraz znów wiem, że robię to BO CHCĘ i BO TO MA SENS - nawet jeśli nie w tym momencie, to w ostatecznym rozrachunku.
Brakowało mi muzyki, śpiewania, relaksu, dobrej lektury i dobrej audycji. Chciałem ugotować i zjeść coś dobrego. Na to wszystko pozwoliłem sobie dzisiaj.
Nigdy nie będę uprawiał ascezy. Zapomniałem o zasadzie złotego środka. Nie można liczyć sobie przyjemności, nie można też się w nich zatracić.
Nie żałuję, że nie zrobiłem niczego, jeśli idzie o naukę. Tym więcej mam na jutro, wiem, ale wierzę, że wstanę przed dziewiątą i po śniadaniu od razu zacznę pracę nie tracąc czasu na głupoty. Wszystko jest do zrobienia.
Sobota to prawie zawsze dzień stracony. Ale tym razem straciłem go naumyślnie i chyba całkiem rozsądnie.
Nawet jeśli mylę się, to przecież nic z tego nie wynika - najgorszą z możliwych konsekwencji będzie konieczność powtórki materiału i zaliczenie go w środę. I tak zbiorcza za tydzień, więc to tylko dodatkowa motywacja. Poza tym muszę przestać stresować się, bo czuję, jak znosi to moje ciało, jak wariuje moje serce...
To był dobry dzień. Życzę Ci więc dobrej nocy. Jutro będę nieosiągalny.
Twój Przyjaciel - M.
piątek, 11 października 2013
Tym razem o medycynie słów kilka
Do napisania tego postu przymierzałem się już od dłuższego czasu, choć chyba niekoniecznie chodziło o to, co napiszę dzisiaj... Tamte tematy, o których planowałem wspomnieć, nie wydały mi się jednak dostatecznie ważne, by dzielić się nimi z kimkolwiek, więc przez długą chwilę było z mojej strony cicho.
Teraz jednak napiszę o czymś, czym - siłą rzeczy - żyję od przeszło roku: napiszę o moich ukochanych studiach. (Tu nie ma żadnej ironii!) Jesteśmy tutaj w Zabrzu na drugim roku lekarskiego: ja, Michał - współautor Servusa... - i parędziesiąt innych osób - naszych przyjaciół, znajomych.
Jeszcze dziewięć dni temu kręciliśmy vloga w centrum Katowic z Michałem właśnie i Szczepanem (moim współlokatorem) - taki mieliśmy pomysł.... Przekonywaliśmy, chyba bardziej samych siebie, niż Was, potencjalnych odbiorców, że na lekarskim nie jest źle, że wszystko można zrobić, jeśli się tylko dobrze rozłoży siły. Do Kato pojechaliśmy na rowerach - zrobiliśmy prawie 30 km, więc niewiele; a z powrotem wracaliśmy pociągiem, bo robiło się już ciemno. Było chłodno, ale całkiem przyjemnie; przede wszystkim dość luźno się czuliśmy, wiedząc, że nadchodzące wyzwania mamy jeszcze przed sobą, i że to może ostatnie chwile takiego relaksu.
A teraz co? Mój i Michała dzień wyglądał dzisiaj następująco:
Tak się złożyło, że wybierając fakultety nie wiedzieliśmy, że wszystkie wybrane przez nas odbywać się będą w tym semestrze. Wydaje mi się, że w związku z reformą bezczelnie zabierającą nam jeden rok studiów, trzeci semestr, który właśnie zaczęliśmy, ma szansę być najcięższym w całym toku studiów... Trochę się boję, ale...
Wiecie co? Przeżyliśmy! Przeżyliśmy pierwszy tydzień! Owszem, jeszcze nie wszystko odbywa się tak na 100%, ale też i my jeszcze nie jesteśmy w szczytowej formie, jeśli idzie o naukę. Przeżyliśmy też dzisiejszy dzień-masakrator - ja to nawet chyba wpadłem w jakiś rodzaj transu, i na wykładach notowałem jak nigdy - nawet na fakultecie ze statystyki.
Obecny trzeci rok miał w porównaniu z nami naprawdę łatwiej w zeszłym roku. Oni to chyba z jednej strony się z nas śmieją, a z drugiej pewnie trochę nam współczują, bo sami boją się, co by się stało, gdyby musieli tak studiować...
Po tym tygodniu jedno wiem na pewno - nic nie jest tylko czarne, i nic nie jest tylko białe. Nie da się powiedzieć, że na naszych studiach jest łatwo - bo nie jest. Nie da się też powiedzieć, że to jest nie do przejścia - bo ktoś te studia kończy, a my jak na razie też daliśmy radę pokonać pierwszy rok. Ale te studia są wyjątkowe, i jeśli mieszczą się w ramach czyichś zainteresowań, to polecam je z całą odpowiedzialnością. Nie da się oddać wiernie atmosfery, która tu panuje, pisząc bloga, bo to rzecz bardzo specyficzna, to trzeba przeżyć samemu.
Dla mnie najpiękniejszym momentem dzisiejszego dnia była chwila, kiedy jednocześnie słuchałem wykładu z ekologii, robiłem notatki, i uczyłem się na immunologię z dwóch różnych źródeł. Wtedy poczułem się studentem naprawdę - bombardowanym wiedzą z każdej strony, a mimo to dalej tej wiedzy ciekawym. Już nie czułem się chłystkiem z dopiero co zdaną maturą, ale właśnie studentem...
Kończę już, bo piątkowy wieczór to nie najlepsza pora na siedzenie samemu w mieszkaniu, nawet mimo oczywistego zmęczenia po całym tygodniu, szczególnie dzisiejszym dniu. Na sen przyjdzie jeszcze czas, na obejrzenie opuszczonych w ciągu tygodnia seriali i programów również. Przyjdzie jeszcze w weekend czas na krótki wyjazd na rowerze, na zakupy, na zrobienie prania, na razie jednak trzeba spotkać się z przyjaciółmi. Uwierzcie, to, wbrew obiegowym opiniom, zdarza się na tych studiach wcale nie najrzadziej.
Mam nadzieję, że uda się w tym roku pisać częściej, i że blog ten nabierze wreszcie życia, zacznie pełnić swoją tytułową funkcję.
Z nogami na biurku i opaską na rękę, którą prosto z Nepalu (!) na dzisiejszą immunologię przywiózł mi nasz przyjaciel Piotrek kończę, i pozdrawiam Was. Michał już czeka na skrzyżowaniu - tym razem to ja się spóźniłem.
Jak widzicie - można wszystko. Mimo, że bardzo angażujące, studia medyczne nie odbiorą Wam stu procent waszego życia. Ci, którzy mają tylko i wyłącznie naukę, nie pozostawiając sobie poza nią żadnej przestrzeni na pasje i marzenia, daleko według mnie nie zajadą - wypalą się szybko. Oni nie rozumieją sensu studiowania i piękna studiowania. Bo, jak pokazuje przykład Piotrka, jeśli się tylko chce, można nawet jechać na miesiąc w Himalaje.
Znowu wszystko sprowadza się do motywacji.
Servus medicus - tak go właśnie widzę.
Teraz jednak napiszę o czymś, czym - siłą rzeczy - żyję od przeszło roku: napiszę o moich ukochanych studiach. (Tu nie ma żadnej ironii!) Jesteśmy tutaj w Zabrzu na drugim roku lekarskiego: ja, Michał - współautor Servusa... - i parędziesiąt innych osób - naszych przyjaciół, znajomych.
Jeszcze dziewięć dni temu kręciliśmy vloga w centrum Katowic z Michałem właśnie i Szczepanem (moim współlokatorem) - taki mieliśmy pomysł.... Przekonywaliśmy, chyba bardziej samych siebie, niż Was, potencjalnych odbiorców, że na lekarskim nie jest źle, że wszystko można zrobić, jeśli się tylko dobrze rozłoży siły. Do Kato pojechaliśmy na rowerach - zrobiliśmy prawie 30 km, więc niewiele; a z powrotem wracaliśmy pociągiem, bo robiło się już ciemno. Było chłodno, ale całkiem przyjemnie; przede wszystkim dość luźno się czuliśmy, wiedząc, że nadchodzące wyzwania mamy jeszcze przed sobą, i że to może ostatnie chwile takiego relaksu.
A teraz co? Mój i Michała dzień wyglądał dzisiaj następująco:
- 8:00-9:30 wykład z immunologii
- 9:35-11:05 wykład z etyki lekarskiej (nie poszliśmy, uczyliśmy się na immuny)
- 12:00-15:00 wykład ze współczesnych zagrożeń ekologicznych
- 15:05-18:05 ćwiczenia z immunologii, na nich wejściówka
- 18:30-20:00 wykład z podstaw prowadzenia badań naukowych
Tak się złożyło, że wybierając fakultety nie wiedzieliśmy, że wszystkie wybrane przez nas odbywać się będą w tym semestrze. Wydaje mi się, że w związku z reformą bezczelnie zabierającą nam jeden rok studiów, trzeci semestr, który właśnie zaczęliśmy, ma szansę być najcięższym w całym toku studiów... Trochę się boję, ale...
Wiecie co? Przeżyliśmy! Przeżyliśmy pierwszy tydzień! Owszem, jeszcze nie wszystko odbywa się tak na 100%, ale też i my jeszcze nie jesteśmy w szczytowej formie, jeśli idzie o naukę. Przeżyliśmy też dzisiejszy dzień-masakrator - ja to nawet chyba wpadłem w jakiś rodzaj transu, i na wykładach notowałem jak nigdy - nawet na fakultecie ze statystyki.
Obecny trzeci rok miał w porównaniu z nami naprawdę łatwiej w zeszłym roku. Oni to chyba z jednej strony się z nas śmieją, a z drugiej pewnie trochę nam współczują, bo sami boją się, co by się stało, gdyby musieli tak studiować...
Po tym tygodniu jedno wiem na pewno - nic nie jest tylko czarne, i nic nie jest tylko białe. Nie da się powiedzieć, że na naszych studiach jest łatwo - bo nie jest. Nie da się też powiedzieć, że to jest nie do przejścia - bo ktoś te studia kończy, a my jak na razie też daliśmy radę pokonać pierwszy rok. Ale te studia są wyjątkowe, i jeśli mieszczą się w ramach czyichś zainteresowań, to polecam je z całą odpowiedzialnością. Nie da się oddać wiernie atmosfery, która tu panuje, pisząc bloga, bo to rzecz bardzo specyficzna, to trzeba przeżyć samemu.
Dla mnie najpiękniejszym momentem dzisiejszego dnia była chwila, kiedy jednocześnie słuchałem wykładu z ekologii, robiłem notatki, i uczyłem się na immunologię z dwóch różnych źródeł. Wtedy poczułem się studentem naprawdę - bombardowanym wiedzą z każdej strony, a mimo to dalej tej wiedzy ciekawym. Już nie czułem się chłystkiem z dopiero co zdaną maturą, ale właśnie studentem...
Kończę już, bo piątkowy wieczór to nie najlepsza pora na siedzenie samemu w mieszkaniu, nawet mimo oczywistego zmęczenia po całym tygodniu, szczególnie dzisiejszym dniu. Na sen przyjdzie jeszcze czas, na obejrzenie opuszczonych w ciągu tygodnia seriali i programów również. Przyjdzie jeszcze w weekend czas na krótki wyjazd na rowerze, na zakupy, na zrobienie prania, na razie jednak trzeba spotkać się z przyjaciółmi. Uwierzcie, to, wbrew obiegowym opiniom, zdarza się na tych studiach wcale nie najrzadziej.
Mam nadzieję, że uda się w tym roku pisać częściej, i że blog ten nabierze wreszcie życia, zacznie pełnić swoją tytułową funkcję.
Z nogami na biurku i opaską na rękę, którą prosto z Nepalu (!) na dzisiejszą immunologię przywiózł mi nasz przyjaciel Piotrek kończę, i pozdrawiam Was. Michał już czeka na skrzyżowaniu - tym razem to ja się spóźniłem.
Jak widzicie - można wszystko. Mimo, że bardzo angażujące, studia medyczne nie odbiorą Wam stu procent waszego życia. Ci, którzy mają tylko i wyłącznie naukę, nie pozostawiając sobie poza nią żadnej przestrzeni na pasje i marzenia, daleko według mnie nie zajadą - wypalą się szybko. Oni nie rozumieją sensu studiowania i piękna studiowania. Bo, jak pokazuje przykład Piotrka, jeśli się tylko chce, można nawet jechać na miesiąc w Himalaje.
Znowu wszystko sprowadza się do motywacji.
Servus medicus - tak go właśnie widzę.
niedziela, 7 lipca 2013
Wakacje? A co to takiego?
Korzystając z wytchnienia 7 dnia wakacji, ( aż dziw mnie bierze, że to pisze) po długim czasie mojej nieobecności na blogu, ponieważ nie mam zwyczaju zwierzać się z każdej najmniejszej sprawy na papierze ( w tym przypadku elektronicznym). Piszę jedynie wtedy, gdy poczuwam się do napisania sprawy istotnej, mającej dla mnie ważne znaczenie. Sprawy godnej podzielenia się oraz godnej przeczytania.
Ku uciesze nawet mnie samego ten czas nastąpił. Właśnie teraz.
Zacznę od tytułowych wakacji. W życiu nastąpił już ten etap, gdy się ich nie czuje. Może to za sprawą tego, że zacząłem praktyki natychmiast po zakończeniu sesji. Nieważne. W każdym razie to już nie te wakacje co rok temu i wcześniej. Wtedy były to 2 miesiące luzu, rozmyślania tylko, gdzie spędzę dzisiejszy wieczór, grania na konsoli. Zupełnie inne podejście mam teraz. Nastawione na samorealizacje. Rozpisana lista rzeczy do zrobienia. Wysoko postawiłem sobie poprzeczkę i ledwo wiąże koniec z końcem. Staram się jak mogę. Wychodzi mi na razie rewelacyjnie.
Wszystko to spowodowane jest przemyśleniami na temat samego życia. Największą wartość jaką posiadamy: jest nie to co mamy, lecz to co umiemy, co wiemy. Czymże będę więcej, gdybym stracił cały dobytek materialny? Myślałem o tym długo. Jedynie ciężką pracą można uczciwie do czegoś dojść, zwłaszcza wtedy, gdy na wszystko co chcemy osiągnąć musimy zapracować sobie sami.
Po takich rozkminach doszedłem do wniosku. Najważniejsze są zdrowie, wiedza i umiejętności. Koniec z niezdrowym odżywianiem, przepuszczaniem czasu na grach na konsoli. Czas na siłownie, zdrowe jedzenie, gre na gitarze, książki! Oczywiście imprez sobie w wakacje nie żałuję. Każdy weekend staram się spędzać raczej hucznie ale nie zapominając o wyżej wymienionym zdrowiu organizmu! :D
Uwielbiam swoją okolicę. Zwłaszcza latem, kiedy przypomina dosłownie jakąś śródziemnomorską mieścinę w centralnej części Toskanii. Jest tu cudownie. Teraz pisząc te słowa siedzę pod parasolem, patrząc na drzewa i cudowne kwiaty mojej mamy, które nadają właśnie tego Toskańskiego uroku. Aż chce się żyć. Co gorsza nic nie robić :P Dlatego podwójny wysiłek wkładam, aby zmotywować się do czegoś. To w końcu wakacje!
Przejdę teraz do nowości w moim życiu jaką są praktyki lekarskie. Słuchając rady ojca wypłynąłem na głęboką wodę. Oddziałem jaki wybrałem był oiom w wojewódzkim specjalistycznym szpitalu. Nie sklada się on z jednej czy dwóch sal z pacjentami, których można policzyć na palcach jednej ręki. Gdy w piątek dobiegłem z wózkiem reanimacyjnym na izbę przyjęć, pewien sanitariusz nie znając mojej twarzy spytał czy jestem praktykantem. Odparłem twierdząco. On z niedowierzaniem spytał, czy ktoś mi kazał konkretnie ten oddział wybrać czy sam go wybrałem. Odparłem, że sam. (ojciec mi tylko sugerował, że też zaczynał od oiomu) Z szeroko otwartymi oczyma powiedział, że mnie podziwia.
Zacznę jednak od początku. Praktyki zacząłem od 1 lipca. Od mamy dostałem lekarskie drewniaki. Z resztą całkiem ładne. Fartuch swój. Spodnie jasne, jednak zwykłe. W plecaku skrypt z histologii. Wzięty z myślą o nauce w czasie wszeobecnej nudy i braku roboty. Taaaa. Tak właśnie myślałem. Po pięciu dniach praktyk, przeczytałem 6 stron. To nie jest żart, ani lenistwo. Po prostu nawał pracy. Kolejne dwie ręce które wniosłem swoją osobą, widocznie się przydały.
Pierwszą rzeczą jaka mi się spodobała, była chęć przekazania wiedzy przez lekarzy ( w głównej mierze anestezjologów, dyżurujących na oddziale, jednakże przewijali sie neurochirurdzy, gastrolodzy, neurolodzy, laryngolodzy) Każdy tłumaczył mi przyczyny urazu, sposoby profilaktyki, to co będzie zaraz robił. Wiedzą, którą posiadłem poprzez słuchanie krótkiego wykładu jest bezapelacyjnie bardziej wchłaniana. Pamiętam wszystko. Co to drenaż Redona, jak wygląda cięcie rybiej paszczy, jak podczas szycia pomagać sobie peanem.
Doktor jak zobaczył mój czyściutki strój zabrał mnie na blok i dał mi strój zabiegowy. Powiedział, że lepiej swoje zostawić, żeby nie brudzić, bo czasem może być brudno. Nie drążyłem tematu. Teraz już wiedziałem, że chodziło o krew i różne wydzieliny. Nie będę rozpisywał o umiejętnościach które posiadłem w ciągu tych pięciu dni. Oddychanie za pomocą Ambu , osłuchiwanie klatki piersiowej w celu ustalenia symetryczności napowietrzania oskrzeli głównych, EKG to zakładałem w 20 sekund :D Z pobieraniem krwi nie ma problemu, bo na oiomie krew do badań pobiera się od każdego pacjenta co dwie godziny, potem ubierałem nowe rękawiczki i fruuu do laboratorium, widziałem tomograf komputerowy IV generacji. Jak doktor mnie prowadził i spytałem, jakiej generacji to jest tomograf, to parsknął śmiechem. Odparł, że nie obchodzi go jego generacja. Ważne jest żeby robił swoje zadanie. Bardziej się nie mogłem zgodzić. Dwa razy USG, raz musiałem asystować podczas wkłuwania do tętnicy szyjnej. Resektomie gruczołu sterczowego widziałem. Specjalnie dla mnie użyto kamery, żeby pokazywać, co tam się dzieje w środku. Używaliśmy USG Dopplerowskiego. Dzięki katedrze biofizyki, mogłem wyprowadzić wtedy wzór na kąt padania i odbicia dźwięku i napisać go markerem na ziemi albo na ścianie... I o tym chcę też napisać.
Mianowicie nauczanie nie ma nic wspólnego do tego co dzieje się w szpitalu. Na pewno na tym oddziale, gdzie co drugi pacjent ma podawaną dopaminę, czy noradrenalinę by utrzymać go przy życiu. Dziś w weekend wiem, że niektórych pacjentów spośród tych, których widziałem w piątek, w poniedziałek już nie zastanę. Tak samo na izbie przyjęć. Tamtejsza wiedza medyczna to jest rdzeń, filar. Wiedza teoretyczna rutynowo przekształcona w wiedzę praktyczną.
Nie chcę wdawać się politykę, ale wiele bym zmienił w nauczaniu. Nie mam jednak nic do gadania. Mądrzejsi podejmowali decyzję. Być może zbyt konserwatywne. Ja jestem jednak liberalny wobec zmian. Jednak nie moja tu rola. Ja tu tylko sprzątam ( i się uczę ).
Praktyka lekarska, którą aktualnie odbywam jest dla mnie zwieńczeniem tego roku studenckiego. Jest owocem pracy. Wiele osób załatwia sobie wpis i nie chodzi zupełnie. Wiele, przychodzi na 8 i w domu jest o 12 nie mając co robić w dyżurce. Ja wybrałem się na głęboką wodę, ale jak to mówią najdalej mam do dna :)
Sprawdziłem w ten sposób również, czy nadaję się do tego zawodu. Prawie zjechałem gdy trzymałem bronchoskop podczas tracheostomii. Potem mi powiedziano, że jak na pierwszy raz to i tak się spisałem, bo widać było, że barwę miałem porcelany :) Pierwszy raz jest najcięższy. To samo tyczy sie, gdy w czwartek po raz pierwszy na własne oczy widziałem pierwszy raz w życiu odejście człowieka. Zgon. Moje tętno wynosiło chyba ze 140. Nie wiedziałem co robić, patrzyłem tylko jak puls i ciśnienie człowieka malało do zera. Potem nastała cisza. To było straszne, że nie dało się nic zrobić. Można było tylko stać i patrzeć.
Jak to Karolina powiedziała: " będziesz miał szybki kurs dojrzewania ". Trafiła w sedno.
Jutro zdaję ćwiczenia z histologii o 11. Nie wracam do domu. Jadę prosto na oddział i siedzę do wieczora. Na pewno nie będę próżnował.
Reasumując. Po tym co widziałem, stwierdzam, że życie jest zbyt kruche, żeby siedzieć w domu, do poduszki chować majątek na czarną godzinę. Nie jestem oczywiście zwolennikiem konsumpcjonizmu narzucanego przez Stany Zjednoczone. Ważne jest, żeby poznawać nowe rzeczy, podróżować, poszerzać wiedzę, próbować nowości, nowych smaków, nabywać umiejętności i szanować swoje życie, pielęgnować znajomości ( z czym aktualnie mam problem ze względu braku czasu).
Na pewno coś napiszę jeszcze w lipcu. Mam zamiar napisać notkę o całych praktykach. Wiele to będzie dla mnie znaczyło. Będę to pisał dla samego siebie. Potraktuje to jako pamiętnik z moimi poglądami. Jestem ciekaw, czy gdy wróce do tego za kilka lat. Być może po studiach, to czy moje priorytety i ambicje ulegną zmianie.
Ku uciesze nawet mnie samego ten czas nastąpił. Właśnie teraz.
Zacznę od tytułowych wakacji. W życiu nastąpił już ten etap, gdy się ich nie czuje. Może to za sprawą tego, że zacząłem praktyki natychmiast po zakończeniu sesji. Nieważne. W każdym razie to już nie te wakacje co rok temu i wcześniej. Wtedy były to 2 miesiące luzu, rozmyślania tylko, gdzie spędzę dzisiejszy wieczór, grania na konsoli. Zupełnie inne podejście mam teraz. Nastawione na samorealizacje. Rozpisana lista rzeczy do zrobienia. Wysoko postawiłem sobie poprzeczkę i ledwo wiąże koniec z końcem. Staram się jak mogę. Wychodzi mi na razie rewelacyjnie.
Wszystko to spowodowane jest przemyśleniami na temat samego życia. Największą wartość jaką posiadamy: jest nie to co mamy, lecz to co umiemy, co wiemy. Czymże będę więcej, gdybym stracił cały dobytek materialny? Myślałem o tym długo. Jedynie ciężką pracą można uczciwie do czegoś dojść, zwłaszcza wtedy, gdy na wszystko co chcemy osiągnąć musimy zapracować sobie sami.
Po takich rozkminach doszedłem do wniosku. Najważniejsze są zdrowie, wiedza i umiejętności. Koniec z niezdrowym odżywianiem, przepuszczaniem czasu na grach na konsoli. Czas na siłownie, zdrowe jedzenie, gre na gitarze, książki! Oczywiście imprez sobie w wakacje nie żałuję. Każdy weekend staram się spędzać raczej hucznie ale nie zapominając o wyżej wymienionym zdrowiu organizmu! :D
Uwielbiam swoją okolicę. Zwłaszcza latem, kiedy przypomina dosłownie jakąś śródziemnomorską mieścinę w centralnej części Toskanii. Jest tu cudownie. Teraz pisząc te słowa siedzę pod parasolem, patrząc na drzewa i cudowne kwiaty mojej mamy, które nadają właśnie tego Toskańskiego uroku. Aż chce się żyć. Co gorsza nic nie robić :P Dlatego podwójny wysiłek wkładam, aby zmotywować się do czegoś. To w końcu wakacje!
Przejdę teraz do nowości w moim życiu jaką są praktyki lekarskie. Słuchając rady ojca wypłynąłem na głęboką wodę. Oddziałem jaki wybrałem był oiom w wojewódzkim specjalistycznym szpitalu. Nie sklada się on z jednej czy dwóch sal z pacjentami, których można policzyć na palcach jednej ręki. Gdy w piątek dobiegłem z wózkiem reanimacyjnym na izbę przyjęć, pewien sanitariusz nie znając mojej twarzy spytał czy jestem praktykantem. Odparłem twierdząco. On z niedowierzaniem spytał, czy ktoś mi kazał konkretnie ten oddział wybrać czy sam go wybrałem. Odparłem, że sam. (ojciec mi tylko sugerował, że też zaczynał od oiomu) Z szeroko otwartymi oczyma powiedział, że mnie podziwia.
Zacznę jednak od początku. Praktyki zacząłem od 1 lipca. Od mamy dostałem lekarskie drewniaki. Z resztą całkiem ładne. Fartuch swój. Spodnie jasne, jednak zwykłe. W plecaku skrypt z histologii. Wzięty z myślą o nauce w czasie wszeobecnej nudy i braku roboty. Taaaa. Tak właśnie myślałem. Po pięciu dniach praktyk, przeczytałem 6 stron. To nie jest żart, ani lenistwo. Po prostu nawał pracy. Kolejne dwie ręce które wniosłem swoją osobą, widocznie się przydały.
Pierwszą rzeczą jaka mi się spodobała, była chęć przekazania wiedzy przez lekarzy ( w głównej mierze anestezjologów, dyżurujących na oddziale, jednakże przewijali sie neurochirurdzy, gastrolodzy, neurolodzy, laryngolodzy) Każdy tłumaczył mi przyczyny urazu, sposoby profilaktyki, to co będzie zaraz robił. Wiedzą, którą posiadłem poprzez słuchanie krótkiego wykładu jest bezapelacyjnie bardziej wchłaniana. Pamiętam wszystko. Co to drenaż Redona, jak wygląda cięcie rybiej paszczy, jak podczas szycia pomagać sobie peanem.
Doktor jak zobaczył mój czyściutki strój zabrał mnie na blok i dał mi strój zabiegowy. Powiedział, że lepiej swoje zostawić, żeby nie brudzić, bo czasem może być brudno. Nie drążyłem tematu. Teraz już wiedziałem, że chodziło o krew i różne wydzieliny. Nie będę rozpisywał o umiejętnościach które posiadłem w ciągu tych pięciu dni. Oddychanie za pomocą Ambu , osłuchiwanie klatki piersiowej w celu ustalenia symetryczności napowietrzania oskrzeli głównych, EKG to zakładałem w 20 sekund :D Z pobieraniem krwi nie ma problemu, bo na oiomie krew do badań pobiera się od każdego pacjenta co dwie godziny, potem ubierałem nowe rękawiczki i fruuu do laboratorium, widziałem tomograf komputerowy IV generacji. Jak doktor mnie prowadził i spytałem, jakiej generacji to jest tomograf, to parsknął śmiechem. Odparł, że nie obchodzi go jego generacja. Ważne jest żeby robił swoje zadanie. Bardziej się nie mogłem zgodzić. Dwa razy USG, raz musiałem asystować podczas wkłuwania do tętnicy szyjnej. Resektomie gruczołu sterczowego widziałem. Specjalnie dla mnie użyto kamery, żeby pokazywać, co tam się dzieje w środku. Używaliśmy USG Dopplerowskiego. Dzięki katedrze biofizyki, mogłem wyprowadzić wtedy wzór na kąt padania i odbicia dźwięku i napisać go markerem na ziemi albo na ścianie... I o tym chcę też napisać.
Mianowicie nauczanie nie ma nic wspólnego do tego co dzieje się w szpitalu. Na pewno na tym oddziale, gdzie co drugi pacjent ma podawaną dopaminę, czy noradrenalinę by utrzymać go przy życiu. Dziś w weekend wiem, że niektórych pacjentów spośród tych, których widziałem w piątek, w poniedziałek już nie zastanę. Tak samo na izbie przyjęć. Tamtejsza wiedza medyczna to jest rdzeń, filar. Wiedza teoretyczna rutynowo przekształcona w wiedzę praktyczną.
Nie chcę wdawać się politykę, ale wiele bym zmienił w nauczaniu. Nie mam jednak nic do gadania. Mądrzejsi podejmowali decyzję. Być może zbyt konserwatywne. Ja jestem jednak liberalny wobec zmian. Jednak nie moja tu rola. Ja tu tylko sprzątam ( i się uczę ).
Praktyka lekarska, którą aktualnie odbywam jest dla mnie zwieńczeniem tego roku studenckiego. Jest owocem pracy. Wiele osób załatwia sobie wpis i nie chodzi zupełnie. Wiele, przychodzi na 8 i w domu jest o 12 nie mając co robić w dyżurce. Ja wybrałem się na głęboką wodę, ale jak to mówią najdalej mam do dna :)
Sprawdziłem w ten sposób również, czy nadaję się do tego zawodu. Prawie zjechałem gdy trzymałem bronchoskop podczas tracheostomii. Potem mi powiedziano, że jak na pierwszy raz to i tak się spisałem, bo widać było, że barwę miałem porcelany :) Pierwszy raz jest najcięższy. To samo tyczy sie, gdy w czwartek po raz pierwszy na własne oczy widziałem pierwszy raz w życiu odejście człowieka. Zgon. Moje tętno wynosiło chyba ze 140. Nie wiedziałem co robić, patrzyłem tylko jak puls i ciśnienie człowieka malało do zera. Potem nastała cisza. To było straszne, że nie dało się nic zrobić. Można było tylko stać i patrzeć.
Jak to Karolina powiedziała: " będziesz miał szybki kurs dojrzewania ". Trafiła w sedno.
Jutro zdaję ćwiczenia z histologii o 11. Nie wracam do domu. Jadę prosto na oddział i siedzę do wieczora. Na pewno nie będę próżnował.
Reasumując. Po tym co widziałem, stwierdzam, że życie jest zbyt kruche, żeby siedzieć w domu, do poduszki chować majątek na czarną godzinę. Nie jestem oczywiście zwolennikiem konsumpcjonizmu narzucanego przez Stany Zjednoczone. Ważne jest, żeby poznawać nowe rzeczy, podróżować, poszerzać wiedzę, próbować nowości, nowych smaków, nabywać umiejętności i szanować swoje życie, pielęgnować znajomości ( z czym aktualnie mam problem ze względu braku czasu).
Na pewno coś napiszę jeszcze w lipcu. Mam zamiar napisać notkę o całych praktykach. Wiele to będzie dla mnie znaczyło. Będę to pisał dla samego siebie. Potraktuje to jako pamiętnik z moimi poglądami. Jestem ciekaw, czy gdy wróce do tego za kilka lat. Być może po studiach, to czy moje priorytety i ambicje ulegną zmianie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)