Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą honor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą honor. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lipca 2013

Wakacje? A co to takiego?

Korzystając z wytchnienia 7 dnia wakacji, ( aż dziw mnie bierze, że to pisze) po długim czasie mojej nieobecności na blogu, ponieważ nie mam zwyczaju zwierzać się z każdej najmniejszej sprawy na papierze ( w tym przypadku elektronicznym). Piszę jedynie wtedy, gdy poczuwam się do napisania sprawy istotnej, mającej dla mnie ważne znaczenie. Sprawy godnej podzielenia się oraz godnej przeczytania.
Ku uciesze nawet mnie samego ten czas nastąpił. Właśnie teraz.

      Zacznę od tytułowych wakacji. W życiu nastąpił już ten etap, gdy się ich nie czuje. Może to za sprawą tego, że zacząłem praktyki natychmiast po zakończeniu sesji. Nieważne. W każdym razie to już nie te wakacje co rok temu i wcześniej. Wtedy były to 2 miesiące luzu, rozmyślania tylko, gdzie spędzę dzisiejszy wieczór, grania na konsoli. Zupełnie inne podejście mam teraz. Nastawione na samorealizacje. Rozpisana lista rzeczy do zrobienia. Wysoko postawiłem sobie poprzeczkę i ledwo wiąże koniec z końcem. Staram się jak mogę. Wychodzi mi na razie rewelacyjnie.

     Wszystko to spowodowane jest przemyśleniami na temat samego życia. Największą wartość jaką posiadamy: jest nie to co mamy, lecz to co umiemy, co wiemy. Czymże będę więcej, gdybym stracił cały dobytek materialny? Myślałem o tym długo. Jedynie ciężką pracą można uczciwie do czegoś dojść, zwłaszcza wtedy, gdy na wszystko co chcemy osiągnąć musimy zapracować sobie sami.

     Po takich rozkminach doszedłem do wniosku. Najważniejsze są zdrowie, wiedza i umiejętności. Koniec z niezdrowym odżywianiem, przepuszczaniem czasu na grach na konsoli. Czas na siłownie, zdrowe jedzenie, gre na gitarze, książki! Oczywiście imprez sobie  w wakacje nie żałuję. Każdy weekend staram się spędzać raczej hucznie ale nie zapominając o wyżej wymienionym zdrowiu organizmu! :D
Uwielbiam swoją okolicę. Zwłaszcza latem, kiedy przypomina dosłownie jakąś śródziemnomorską mieścinę w centralnej części Toskanii. Jest tu cudownie. Teraz pisząc te słowa siedzę pod parasolem, patrząc na drzewa i cudowne kwiaty mojej mamy, które nadają właśnie tego Toskańskiego uroku. Aż chce się żyć. Co gorsza nic nie robić :P Dlatego podwójny wysiłek wkładam, aby zmotywować się do czegoś. To w końcu wakacje!

   Przejdę teraz do nowości w moim życiu jaką są praktyki lekarskie. Słuchając rady ojca wypłynąłem na głęboką wodę. Oddziałem jaki wybrałem był oiom w wojewódzkim specjalistycznym szpitalu. Nie sklada się on z jednej czy dwóch sal z pacjentami, których można policzyć na palcach jednej ręki. Gdy w piątek dobiegłem z wózkiem reanimacyjnym na izbę przyjęć, pewien sanitariusz nie znając mojej twarzy spytał czy jestem praktykantem. Odparłem twierdząco. On z niedowierzaniem spytał, czy ktoś mi kazał konkretnie ten oddział wybrać czy sam go wybrałem. Odparłem, że sam. (ojciec mi tylko sugerował, że też zaczynał od oiomu) Z szeroko otwartymi oczyma powiedział, że mnie podziwia.

   Zacznę jednak od początku. Praktyki zacząłem od 1 lipca. Od mamy dostałem lekarskie drewniaki. Z resztą całkiem ładne. Fartuch swój. Spodnie jasne, jednak zwykłe. W plecaku skrypt z histologii. Wzięty z myślą o nauce w czasie wszeobecnej nudy i braku roboty. Taaaa. Tak właśnie myślałem. Po pięciu dniach praktyk, przeczytałem 6 stron. To nie jest żart, ani lenistwo. Po prostu nawał pracy. Kolejne dwie ręce które wniosłem swoją osobą, widocznie się przydały.

  Pierwszą rzeczą jaka mi się spodobała, była chęć przekazania wiedzy przez lekarzy ( w głównej mierze anestezjologów, dyżurujących na oddziale, jednakże przewijali sie neurochirurdzy, gastrolodzy, neurolodzy, laryngolodzy) Każdy tłumaczył mi przyczyny urazu, sposoby profilaktyki, to co będzie zaraz robił. Wiedzą, którą posiadłem poprzez słuchanie krótkiego wykładu jest bezapelacyjnie bardziej wchłaniana. Pamiętam wszystko. Co to drenaż Redona, jak wygląda cięcie rybiej paszczy, jak podczas szycia pomagać sobie peanem.
Doktor jak zobaczył mój czyściutki strój zabrał mnie na blok i dał mi strój zabiegowy. Powiedział, że lepiej swoje zostawić, żeby nie brudzić, bo czasem może być brudno. Nie drążyłem tematu. Teraz już wiedziałem, że chodziło o krew i różne wydzieliny. Nie będę rozpisywał o umiejętnościach które posiadłem w ciągu tych pięciu dni. Oddychanie za pomocą Ambu , osłuchiwanie klatki piersiowej w celu ustalenia symetryczności napowietrzania oskrzeli głównych, EKG to zakładałem w 20 sekund :D Z pobieraniem krwi nie ma problemu, bo na oiomie krew do badań pobiera się od każdego pacjenta co dwie godziny, potem ubierałem nowe rękawiczki i fruuu do laboratorium, widziałem tomograf komputerowy IV generacji. Jak doktor mnie prowadził i spytałem, jakiej generacji to jest tomograf, to parsknął śmiechem. Odparł, że nie obchodzi go jego generacja. Ważne jest żeby robił swoje zadanie. Bardziej się nie mogłem zgodzić. Dwa razy USG, raz musiałem asystować podczas wkłuwania do tętnicy szyjnej. Resektomie gruczołu sterczowego widziałem. Specjalnie dla mnie użyto kamery, żeby pokazywać, co tam się dzieje w środku. Używaliśmy USG Dopplerowskiego. Dzięki katedrze biofizyki, mogłem wyprowadzić wtedy wzór na kąt padania i odbicia dźwięku i napisać go markerem na ziemi albo na ścianie... I o tym chcę też napisać.
    Mianowicie nauczanie nie ma nic wspólnego do tego co dzieje się w szpitalu. Na pewno na tym oddziale, gdzie co drugi pacjent ma podawaną dopaminę, czy noradrenalinę by utrzymać go przy życiu. Dziś w weekend wiem, że niektórych pacjentów spośród tych, których widziałem w piątek, w poniedziałek już nie zastanę. Tak samo na izbie przyjęć. Tamtejsza wiedza medyczna to jest rdzeń, filar. Wiedza teoretyczna rutynowo przekształcona w wiedzę praktyczną.
    Nie chcę wdawać się politykę, ale wiele bym zmienił w nauczaniu. Nie mam jednak nic do gadania. Mądrzejsi podejmowali decyzję. Być może zbyt konserwatywne. Ja jestem jednak liberalny wobec zmian. Jednak nie moja tu rola. Ja tu tylko sprzątam ( i się uczę ).
Praktyka lekarska, którą aktualnie odbywam jest dla mnie zwieńczeniem tego roku studenckiego. Jest owocem pracy. Wiele osób załatwia sobie wpis i nie chodzi zupełnie. Wiele, przychodzi na 8 i w domu jest o 12 nie mając co robić w dyżurce. Ja wybrałem się na głęboką wodę, ale jak to mówią najdalej mam do dna :)
Sprawdziłem w ten sposób również, czy nadaję się do tego zawodu. Prawie zjechałem gdy trzymałem bronchoskop podczas tracheostomii. Potem mi powiedziano, że jak na pierwszy raz to i tak się spisałem, bo widać było, że barwę miałem porcelany :) Pierwszy raz jest najcięższy. To samo tyczy sie, gdy w czwartek po raz pierwszy na własne oczy widziałem pierwszy raz w życiu odejście człowieka. Zgon. Moje tętno wynosiło chyba ze 140. Nie wiedziałem co robić, patrzyłem tylko jak puls i ciśnienie człowieka malało do zera. Potem nastała cisza. To było straszne, że nie dało się nic zrobić. Można było tylko stać i patrzeć.
Jak to Karolina powiedziała: " będziesz miał szybki kurs dojrzewania ". Trafiła w sedno.

    Jutro zdaję ćwiczenia z histologii o 11. Nie wracam do domu. Jadę prosto na oddział i siedzę do wieczora. Na pewno nie będę próżnował.


Reasumując. Po tym co widziałem, stwierdzam, że życie jest zbyt kruche, żeby siedzieć w domu, do poduszki chować majątek na czarną godzinę. Nie jestem oczywiście zwolennikiem konsumpcjonizmu narzucanego przez Stany Zjednoczone. Ważne jest, żeby poznawać nowe rzeczy, podróżować, poszerzać wiedzę, próbować nowości, nowych smaków, nabywać umiejętności i szanować swoje życie, pielęgnować znajomości ( z czym aktualnie mam problem ze względu braku czasu).

Na pewno coś napiszę jeszcze w lipcu. Mam zamiar napisać notkę o całych praktykach. Wiele to będzie dla mnie znaczyło. Będę to pisał dla samego siebie. Potraktuje to jako pamiętnik z moimi poglądami. Jestem ciekaw, czy gdy wróce do tego za kilka lat. Być może po studiach, to czy moje priorytety i ambicje ulegną zmianie.



poniedziałek, 14 stycznia 2013

Małe rzeczy?

Zakończymy smutny shopping
Sztucznych, galerianych szczęść.

Tak śpiewała kiedyś Sylwia Grzeszczak w piosence o niekoniecznie wysokiej w moim odczuciu wartości artystycznej, raczej niewartej umieszczenia tutaj; w piosence, która kiedyś odtwarzana była na okrągło w radio, stąd, pewnie w drodze do szkoły, "obiła mi się o uszy". W głowie utkwił mi ten akurat fragment.

Cóż... Jaka kultura, taka galeria...  Jak kultura jest tylko "popkulturą", to i galeria jest handlowa... Brr! Szczerze nie cierpię takich miejsc. Wczorajszy przeszło pięciogodzinny pobyt w gliwickim Forum odchorowałem w nocy, kiedy to śniło mi się, że zamknięto w Gorlicach drogę na Stawiskach, żeby rozbudować jeszcze bardziej Rondo Center...

Co więc robiłem w Forum przez przeszło pięć godzin? Żeby móc obronić się przed ewentualnym zarzutem "zakupocholizmu" należy się słówko wyjaśnienia. Moi znajomi byli wolontariuszami WOŚP, więc pojechałem do Gliwic, żeby spędzić czas w ich towarzystwie. Szczerze powiedziawszy, chyba wszyscy oczekiwaliśmy, że będzie się tam z tej okazji działo coś ciekawego. Ja (bo mogę mówić tylko w swoim imieniu) bardzo się rozczarowałem i wynudziłem.

Ale nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło, bo właśnie ta wizyta w świątyni kapitalizmu, konsumpcji i kultury masowej skłoniła mnie do refleksji nad sprawą, która boli mnie już od dawna...

Język polski. Piękna rzecz, prawda? Polskość w ogóle... Dla mnie coś niesłychanie ważnego. Dlaczego więc my, Polacy, nie szanujemy się, tylko szmacimy i umizgujemy do Zachodu?

Pierwsze, co rzuca się w oczy na wystawach galerianych sklepów to wielkie "SALE". Żeby być obiektywnym dodam, że dzieje się tak na szczęście nie w każdym sklepie, bowiem niektóre z nich prowadzą uczciwie i po ludzku "WYPRZEDAŻE"; ogromna część natomiast już tylko "SALE". To bulwersujące i obrzydliwe! Rozumiem, że sklepy te mają anglojęzyczne nazwy własne czy też nazwy konkretnych produktów. W porządku. Są, nie wnikając w to głębiej, częścią wielkich, międzynarodowych sieci handlowych, lub po prostu tak chcą się nazywać. Ja swojego psa chciałem nazwać Pusia, i nikomu również nic do tego. Ale już komunikacja z klientem, polskim klientem, MUSI odbywać się w języku polskim!

Żyjemy w Polsce, jeśli to komuś się nie podoba, zawsze może wyemigrować. Nie po to nasi dziadkowie walczyli o wolność, także tą językową, żebym teraz ja, wolny, młody Polak, czuł u siebie jak w Anglii czy w Ameryce!

Ktoś powie - ale nie tylko polski klient robi zakupy. Rozumiem; w porządku, takie mamy czasy, że jesteśmy "jedną globalną wioską"; trzeba otwierać się na wszystkich ludzi, starać się do nich dotrzeć - to marketing. Ale, u licha, główny komunikat MUSI być w języku polskim, a następne w takiej mnogości języków, i takiej różnorodności, jakich sobie tylko właściciel sklepu zażyczy.

Rozmawiając wczoraj na ten temat z Anią dowiedziałem się, że natrafiła w hiszpańskim sieciowym sklepie (bodaj H&M) na słowo "wyprzedaż". I bardzo dobrze. Niech i Hiszpan u nas znajdzie u nas "wyprzedaż" w swoim języku, byle tylko nadal komunikat w języku polskim był komunikatem głównym tak, żeby polski klient nie musiał czuć się u siebie w kraju zagubiony.

W końcu spacerując wczoraj po tej nieszczęsnej galerii natknąłem się także i na takie sklepy, w których wprawdzie "WYPRZEDAŻE" organizowano, ale informowano o nich czcionką kilkukrotnie mniejszą niż o "SALACH". To po prostu ordynarny brak szacunku do polskiego klienta! (W związku z tym raczej nie zdarza mi się, albo zdarza mi się niesłychanie rzadko, robić zakupy w tak uwłaczających mi miejscach.)

Dlaczego sobie na to pozwalamy?

Dziwi mnie to, naprawdę, dlaczego tak staramy się doścignąć Zachód, depcząc po drodze swoje poczucie dumy z bycia Polakiem, swój honor. Dlaczego mamy tyle kompleksów? Nie jesteśmy przecież wcale gorsi! Mieliśmy jako kraj i naród trochę bardziej "pod górkę", jeśli spojrzeć na historię; trudno więc nam osiągnąć tak wysoki stopień ucywilizowania jak na zachodzie Europy czy w Ameryce. Ale przecież żyjemy w wolnym kraju, mamy własny, piękny język, bogatą kulturę, kuchnię... Nie ma powodu do pogrążania się w poczuciu niższości.

Moja mama, kiedy rozmawiamy o kuchni, zawsze denerwuje się, że dla wielu osób kotlet schabowy jest przedmiotem drwin; że, dla przykładu, wesele, na którym się go poda to "wieś", a ludzie jedzący go to "wieśniacy" i "buraki". To taki banalny, może nawet trochę śmieszny przykład, ale, wbrew pozorom, trafiający w sedno. Bo ja się wcale swojej mamie nie dziwię; sam nie rozumiem takich ludzi wyśmiewających się z polskiej kuchni i kultury. Dlaczego mielibyśmy się ich wstydzić? Czy chodzi o kompleksy? Czy o chęć zaimponowania obyciem w świecie?

Obycie w świecie samo w sobie nie jest niczym złym; wręcz przeciwnie: trzeba rozwijać się, w miarę możliwości poznawać jak najwięcej nowych miejsc, kultur, smaków; dowiadywać się nowych rzeczy - to piękne, pouczające i rozwijające. Ale nie wolno w tym wszystkim zapominać o swoich korzeniach, o swoim narodowym "ja"; nie wolno wyrzekać się siebie, bo tak robią tylko konformiści i ludzie bez moralnego kręgosłupa.

Wbrew pozorom wysoko rozwinięta cywilizacja nie jest, jak się może wydawać, urzeczywistnieniem dobra; często wiąże się z nią wiele nowych, nieprzewidzianych i niepoznanych jeszcze problemów. Mnie osobiście marzy się powrót ku naturze - niecałkowity, rzecz jasna, ale jednak.

Poza tym Zachód na nas nie czeka. Ameryka nie jest, jak się mówi, naszym przyjacielem i wcale jej nie w nosie znosić dla "Polaczków" wizy. Ale co tam! My, oczywiście, bez szacunku dla siebie samych, biegniemy na zawołanie to do Afganistanu, to do Iraku...

Stop!

Czy gdyby ktoś na ulicy nazwał Cię kurwą, przeszedłbyś obojętnie? Czy dałoby Ci to spokój przez kilka następnych dni, czy potrafiłbyś o tym nie myśleć? Bo jeśli takie słowa wzburzyłyby Cię (a zapewne tak właśnie by było), to dlaczego pozwalasz sobie na tak wiele u siebie w kraju?

Ten temat jest tak szeroki, że pisząc zdaję sobie sprawę, że to, co udało mi się tu zawrzeć, to nie jest nawet wierzchołek góry lodowej. Z czegoś to jednak wynika... Naprawdę, zachęcam do refleksji; my sami stanowimy o sobie, więc warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć.

Przede wszystkim: więcej szacunku do siebie! W niczym nie jesteśmy gorsi od Niemców, Francuzów, Hiszpanów... Naprawdę.

Podsekretarz Stanu Ministerstwa Obrony Narodowej ds. Uzbrojenia i Modernizacji, Gen. Waldemar Skrzypczak, powiedział w filmiku promującym gorlickie harcerstwo tak:

Ja wiem, że teraz pojęcie "patriotyzm" jest niemodne, ale tylko dlatego, że wszyscy są zapatrzeni w Europę, a generalnie zapominają o Polsce. Trzeba odwrócić kolejność, trzeba najpierw myśleć o Polsce, a potem o Europie (...) 

Niech to będzie puentą. Bo tak psuć, jak i naprawiać, zaczyna się od rzeczy małych.

PS. W tak zwanym "międzyczasie" tych z Was, którzy posiadają konto na Facebooku zapraszam do polubienia niniejszej strony:



Niech czasem w Waszych aktualnościach pojawi się grafika, która uświadomi, jak wiele my, Polacy, mamy, i jak dobrze jest być Polakiem.