Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycyna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 października 2017

System, system, system

Siadam do komputera z niekłamaną przyjemnością i niekłamaną obawą - tak dawno mnie tu nie było... Ja w moim studenckim pokoju w Zabrzu, ze światłem a' la hygge, kubkiem ciepłej herbaty, słuchawkami w uszach z playlistą Nora i opatulony w koc. Za oknem wieją kolejne wichury i orkany, których nazw nawet już nie rejestruję, a ja miałem dzisiaj tę niekłamaną przyjemność, że nie musiałem nigdzie wychodzić. Dzień minął tak szybko, nie zrobiłem właściwie niczego produktywnego... I choć jestem zwolennikiem konstruktywnego wykorzystywania wolnego czasu, to mam takie momenty, kiedy potrzebuję się zatrzymać, nic nie robić, odpocząć...

Pierwszy miesiąc szóstego, ostatniego roku moich studiów za mną. Tak wiele zmieniło się od czasu, gdy jeszcze we dwójkę, z Michałem, zakładaliśmy tego bloga. Mój wrodzony perfekcjonista, ten bies rodem z moralitetu, kusi: zacznij od nowa, stare usuń; na co ci to?! Zmieniłeś się, blog się musi zmienić, Ty się musisz zmienić, wszystko się zmienia!

Zostawię, choć wymaga to samozaparcia. Zostawię, by widzieć zmiany, upływ czasu, dostrzegać jak różna może być moja wrażliwość na przestrzeni lat; by reagować, gdybym zaczął ją tracić.

Szósty rok. Jezu... Kiedyś wyobrażałem sobie, że na szóstym roku medycyny to się już niemal operuje. Teraz, gdy tu jestem, wydaje mi się, że niczego nie umiem. Może nie wystawiam sobie tym zbyt pochlebnego świadectwa, ale w konfrontacji z moimi licealnymi wyobrażeniami studia medyczne wypadają gorzej niż marnie... Niczym ostrzeżenia na paczkach papierosów, foldery uczelni medycznych powinny zawierać kilka formułek, takich, jak te dwie, powiedzmy: Studiowanie medycyny odbiera radość życia; Kierunek lekarski zderza z rzeczywistością dwa razy skuteczniej niż Zderzacz Hadronów (p<0,05).

Nie piszę, żeby się poskarżyć, żeby się pożalić. Bardziej traktuję to jako rachunek sumienia, może formę usprawiedliwienia, analizę wyjściową, by rozwiązać problemy, które dopiero przede mną? Ostatecznie te studia, tę uczelnię nawet, sam sobie wybrałem, ku większej lub mniejszej uciesze osób ze swojego otoczenia. To nie tak, że nie chcę już być lekarzem - przeciwnie, chcę! Bardzo chcę. I chcę być cholernie dobrym lekarzem.

Brzydzę się po prostu systemem, który wymaga ode mnie wyrzeczenia się nieomal każdej formy aktywności społecznej, zwłaszcza przez pierwsze dwa lata studiów, by uczyć się rzeczy nieważnych, zapychających tylko pamięć. Brzydzę się systemem, w którym z braku pieniędzy z roku na rok grupy studenckie są zagęszczane, a komfort choćby rozmowy z pacjentem jest niewielki.

Brzydzę się systemem, w którym asystenci, często chętni, by czegoś nas nauczyć, nie mają takiej możliwości, bo muszą czas dydaktyki dzielić z czekającymi na nich pacjentami (to nawet zrozumiałe) i, co gorsza, toną biurokracji (to zrozumiałe mniej)!

Brzydzę się tym, że najważniejsza jest ilość godzin dydaktycznych, nie zaś ich jakość; tym, że na wielu katedrach nie obowiązuje zwolnienie lekarskie (nie to, co w pracy, w której każdy pracodawca takowe respektuje), a każde jedne zajęcia trzeba odrobić, bo przecież bez tych 30 dodatkowych minut podpierania ścian moja edukacja będzie niekompletna, a moja reputacja i prestiż wątpliwe...

Żeby była jasność - nie mam tu pretensji do konkretnych asystentów, do mojej konkretnej uczelni, mojego wydziału; z nimi wprawdzie na co dzień obcuję i na ich przykładzie mogę wyciągać wnioski, ale problem jest szerszy, systemowy, o czym świadczą moje rozmowy z kolegami z innych wydziałów i sam choćby protest środowiska medycznego, lekarzy rezydentów. Właśnie - bo później też nie jest kolorowo, ale to temat rzeka i nie o tym teraz.

Gdyby ktoś przed studiami powiedział mi, jak to naprawdę wygląda, może przygotowałbym się na to psychicznie lub po prostu wybrał inny kierunek? Zdaję sobie sprawę, że moje teksty trafiają przede wszystkim do grona moich przyjaciół (za co jestem ogromnie wdzięczny), ale być może przeczyta to jakiś przyszły student medycyny. Zwracam się więc do niego / do niej: Kolego! Koleżanko! Zastanów się dwa razy! W moim przypadku te studia to największe rozczarowanie, jakie mnie spotkało do tej pory w życiu...

Brak we mnie pokory. Z tej ułomności doskonale zdaję sobie sprawę, ale po prostu nie umiem mówić, że deszcz pada, gdy plują... Nie mogę patrzeć na sporą część koleżanek i kolegów z roku, którzy tkwią w dziwnej anergii, niezdolni do zawalczenia o siebie, o swoje prawa... Zawsze tak było... Ile razy ja to słyszałem?! Zawsze tak było, więc tak musi być; status quo musi zostać zachowany! Czasami zastanawiam się, jak niektóre osoby chcą walczyć o ludzkie życie i podejmować jakieś decyzje, kiedy truchleją na widok asystenta i przed każdym zaliczeniem...

Nauka... Daleko mi do pilnego studenta, ale jako perfekcjonista przechodzę piekło, gdy okazuje się, że trzeba umieć wszystko. Trochę działam w systemie zero-jedynkowym; często niestety pada na zero, skoro jedynką jest na przykład przeczytanie podręcznika do radiologii Pruszyńskiego: 800 stron A4 do przyswojenia w półtora tygodnia przed egzaminem, pytania układane z tekstu i tabel, bo tak najprościej stworzyć test. A w teście - wiadomo, przypadki kazuistyczne, bo takie, zgodnie z metodologią, są najlepsze w różnicowaniu studentów.

Znów proszę, by nie było to odebrane jako zarzut do katedry radiologii; oni też spełniają jakieś chore systemowe wytyczne, nie mam do nich żalu. Ten przykład jest po prostu świetny i ilustruje to, co w tych studiach wkurza najbardziej.

Jaka jest jakoś wiedzy zdobytej z jednorazowego przeczytania 800 stron A4 podręcznika w półtora tygodnia (jeśli ktoś zdążył!)? Niech każdy odpowie w swoim sumieniu.

System, system, system... Polityka, polityka, polityka... Doszedłem do ściany. Chcę skończyć te studia tu, rozwijać się i pracować tu, w Polsce, ale jeśli na 5800 lekarzy kończących te studia przewiduje się nieco ponad 4000 miejsc specjalizacyjnych, to nie dziwne, że mamy, jak mamy...

Brak we mnie pokory. Nie wiem więc, jak wpasuję się w ten system, jak poradzę sobie z Lekarskim Egzaminem Końcowym, rekrutacją na specjalizację... Dam sobie radę, stać mnie na to; nie brak mi ambicji i determinacji. To nie jest tak, że wszyscy młodzi lekarze chcą wyjechać - większość woli zostać tu, w Polsce, pracować z polskimi pacjentami i im nieść pomoc. Ale oprócz studentów typu dam-sobie-wejść-na-głowę, którzy boją się wszystkiego, nie mając za grosz osobistej godności, i którymi brzydzę się setnie, są także tacy którzy powiedzą w pewnym momencie: dość. Studenci stają się w końcu stażystami, potem rezydentami...

Dla mnie te studia to na szczęście tylko jedna z gałęzi życia. Bardzo ważna, jedna z grubszych, ale nie jedyna, na szczęście. Cieszę się, że nie należę do osób, które po powrocie do domu zamykają się i jedyne, co robią, to nauka. To może być nawet przez pewne osoby odbierane jako chwalebne, ale wiedza teoretyczna, nieużywana, szybko ulatuje; szybciej nawet niż młodość, która w takim stanie odlatuje niepostrzeżenie i nie wróci nigdy...

Strajk Porozumienia Medycznego zmienia świadomość naszego społeczeństwa. To jego ogromny kapitał. Wierzę, że uda się osiągnąć poprawę warunków, jakie panują w polskiej służbie zdrowia. Oczy otwierają także Mali bogowie Pawła Reszki i inne publikacje w tej tematyce. Serce rośnie, gdy do protestu przyłączają się pacjenci trzymający transparenty Lekarze zostańcie z nami, gdy w charakterystycznie dla siebie sarkastyczny sposób o działaniach ministra wypowiada się Szczepan Twardoch, i tak dalej, i tak dalej.

Cóż. Zazwyczaj nie politykuję, ale jeśli w tej polityce jest źródło mojej i wielu innych osób frustracji, warto zabrać głos. Pewne rzeczy zresztą, zapisane, wyzwalają, pozwalają przejść dalej, powziąć nowe działania, by zmienić sytuację, osiągnąć cele. Tego bym sobie właśnie życzył.

Na koniec, żeby trochę podnieść na duchu, wspomnę tylko o spotkaniu, którego uczestnikiem miałem przyjemność być w sobotę. Otóż Uniwersytet Jagielloński w ramach cyklicznych spotkań ze znanymi osobami zaprosił do swojego Auditorium Maximum Jurka Owsiaka. Ze spotkania tego wyniosłem potężną dawkę motywacji, przemyśleń; w głowie zrodziło mi się kilka pomysłów. Owsiak to dla mnie jedna z bardziej wartościowych postaci współczesnej Polski. Jedno mamy ze sobą z pewnością wspólne - obydwaj wolimy realne działanie od teoretycznego.

Gdyby ktoś miał chęć pooglądać zdjęcia ze spotkania (lub mnie na nich znaleźć), służę linkiem: https://www.facebook.com/pg/SalonAllInUJ/photos/?tab=album&album_id=1458577520928290

PS. Miałem jeszcze dodać, ale gdzieś mi w ferworze pisania uciekła ta myśl, że trochę w sobie zaniedbałem w trakcie studiów pierwiastek artystyczno-pisarski. Może więc dzisiejszy hygge dzień spędzony wśród światła i muzyki nie pójdzie na marne, skoro udało mi się to z siebie wyrzucić napisać? (Jak jest z formą literacką, ocenicie sami.)

środa, 4 lutego 2015

I w przód, i w przód, i w przód!

Jest jedna rzecz, która w studiowaniu medycyny podoba mi się szczególnie. Nie - nie chodzi o to, że mamy teraz trzy tygodnie wolnego (a za rok o tej porze będziemy zgrzytać zębami przed kombinacją: farmakologia - dermatologia - patologia). Nie chodzi nawet o to, że potrafimy ten czas jakoś lepiej docenić i wykorzystać, mając w pamięci dwa minione, w pewnym sensie stracone lata...

W tych studiach podoba mi się to, że każdego tu pcha wciąż w przód jakaś siła, która każe realizować się, stawać się coraz lepszym, wymagać od siebie coraz więcej, i więcej. (Czasami można popaść nawet w przesadne wyrzygiwanie sobie wszystkiego, że tak się wyrażę; nie o to też chodzi, wiadomo - zdrowy umiar zachować trzeba).

Zostałem w Zabrzu na tydzień, bo akurat mam do załatwienia parę spraw na Śląsku - i prywatnych, i uczelnianych (konsultacje z angielskiego i koło z chemii). W sumie jest tu teraz niewiele osób, ale radzimy sobie bardzo świetnie. Choć wolnego czasu mam teraz sporo, to cały czas jest coś do roboty - a to coś czytam, a to gotuję, a to sprzątam...

I tak wczoraj ze znajomymi spotkaliśmy się u mnie, wypiliśmy piwko i pograliśmy w Kolejkę i Jugle speeda, a dzisiaj, dla odmiany, bardzo ciekawy wieczór spędziliśmy w Katowicach. Zaczęliśmy od Namaste, bardzo ciekawego klubu podróżników, który serdecznie polecam wszystkim, którzy pojawią się kiedyś w sercu Śląska. Byłem tam dzisiaj po raz pierwszy, ale na pewno wrócę znów (i to chyba nawet 24 lutego). W Namaste oglądaliśmy ciekawe slajdowisko przygotowane przez Piotra Boderę, który podróżował przez pół roku od Japonii, poprzez, między innymi, Wietnam, Chiny, Hong-Kong, Tajlandię i Australię do Nowej Zelandii.

Po hamburgerze mieliśmy jeszcze siłę na krótki spacer po terenie Nowego Muzeum Śląskiego, które pod względem architektonicznym urzeka mnie po zmroku i w zimowej scenerii bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, a pod względem merytorycznym... cóż... jest na szczycie mojej listy rzeczy, które w najbliższym czasie obejrzeć muszę! (Na stronie wyczytałem, że otwarcie 26 czerwca, więc chwilę jeszcze będę musiał poczekać).

Zaczytuję się obecnie w książce Pakt Ribbentrop-Beck Piotra Zychowicza i ręce załamuję nad odwieczną indolencją polskich polityków. Czyta się to jednak z zapartym tchem, a w głowie przemykają się co chwilę tak świetnie zapamiętane z historii w szkole podstawowej słowa Pani Skałby: W polityce nie ma sentymentów! Święta prawda.

O tym, i o wielu innych rzeczach rozmawialiśmy po drodze. O jedzeniu. O wystroju i urządzeniu Namaste. O kawiarni, o której marzę w przyszłości. Nawet o wpływie przeżyć z dzieciństwa na charakter człowieka. Ludzie mają przeróżne zainteresowania!

Nie piszę tego po to, żeby dowartościować siebie i swoje otoczenie, ale dlatego, że to po prostu bardzo budujące. Ktoś pisze pracę naukową, ktoś robi oznaczenia stężeń jakichś markerów w ślinie albo we krwi... Wszystko idzie do przodu - nawet w ferie, gdy można poleżeć.

Chyba nie tak bardzo chodzi tu o same studia medyczne, jak raczej o to, żeby robić to, co się kocha, i do czego czujecie, że macie powołanie. To naprawdę uszczęśliwia człowieka nawet, jeśli bywa trudno.

Hm... I tak niepostrzeżenie powróciłem po długiej swej nieobecności. Niesiony falą pozytywnych emocji i dużą dozą wolnego czasu jutro, zapewne po konsultacjach z angielskiego, zabieram się czym prędzej do rozpisania próby na stopień Harcerza Rzeczypospolitej, bo trochę mi się udało na powrót zbliżyć do harcerstwa. Dobra próba to dobra motywacja, a tej, jeśli chce się przeć do przodu - nigdy za wiele!

niedziela, 2 lutego 2014

SESJA W PEŁNI!!!

Sesja trwa. Czasu już bardzo niedużo, pracy bardzo wiele... Na razie robię to:


Odezwę się, jak skończę, bo bardzo mi brakuje blogowania... Może mi się uda zachęcić jeszcze i Michała do pisania? Servus... w pojedynkę nie ma przecież sensu...

Życzcie nam szczęścia. Prosimy trzymać kciuki w dniach 3, 4 i 7 lutego! :)

niedziela, 1 grudnia 2013

2. rok

Jaki ja byłem półtora miesiąca temu mądry... Był moment, od zeszłej notki, kiedy i ja na chwilę zapomniałem, że jest coś poza nauką. Za nami dwa ciężkie tygodnie, kiedy skumulowało się wszystko, no i kilka pomniejszych. Ogrom pracy związany ze studiowaniem na 2. roku zaskoczył chyba wszystkich... Aż chce mi się śmiać z naszej naiwności - z tego, że pojechaliśmy wtedy z Michałem i Szczepanem rowerach do Katowic i że kręciliśmy filmiki, które chcieliśmy tu zamieścić i przekonywać, chyba bardziej samych siebie niż Was, że na medycynie nie jest ciężko... Jest. Ten semestr zagrał nam na nosie.

Obiecuję, że w ramach wolnego czasu (to brzmi awykonalnie, ale być moze uda się w tym tygodniu) napiszę coś więcej. Zwrócę się też do Michała, nie wiem, czy on ma ochotę kontynuować jeszcze pisanie Servusa... Cóż, jeśli nie - będzie to koniec, bo taka była idea - żeby pisać we dwóch. Mam jednak nadzieję, że wszystko się ułoży po mojej myśli, bo czego jak czego, ale blogowania to mi akurat brakuje...

Dzisiaj jednak ograniczę się tylko do przytoczenia Wam mojego SMS-a do zabrzańskich przyjaciół. Oddaje on sedno dzisiejszego niby zwykłego, ale ważnego dla mnie dnia.

Właśnie idę spać. Przygotowałem sobie rozpiskę na jutro, żeby wiedzieć, co dokładnie ogarnąć na tę seminarkę z biochemii, komputer zaniosłem do kuchni i książki położyłem na półce przy łóżku. Leżę wykąpany w czystej pościeli, jutro będę jadł pyszne rzeczy z domu.

Dowiedziałem się dzisiaj paru ciekawych rzeczy, odpocząłem fizycznie i przede wszystkim psychicznie.

Ostatnio wątpiłem, czy medycyna była dobrym wyborem, ale dzisiejszy dzień dał mi pewność, że tak - kryzys zażegnany. Po prostu bałem się, że stanę się niewolnikiem tych studiów i książek, a teraz znów wiem, że robię to BO CHCĘ i BO TO MA SENS - nawet jeśli nie w tym momencie, to w ostatecznym rozrachunku.

Brakowało mi muzyki, śpiewania, relaksu, dobrej lektury i dobrej audycji. Chciałem ugotować i zjeść coś dobrego. Na to wszystko pozwoliłem sobie dzisiaj.

Nigdy nie będę uprawiał ascezy. Zapomniałem o zasadzie złotego środka. Nie można liczyć sobie przyjemności, nie można też się w nich zatracić.

Nie żałuję, że nie zrobiłem niczego, jeśli idzie o naukę. Tym więcej mam na jutro, wiem, ale wierzę, że wstanę przed dziewiątą i po śniadaniu od razu zacznę pracę nie tracąc czasu na głupoty. Wszystko jest do zrobienia.

Sobota to prawie zawsze dzień stracony. Ale tym razem straciłem go naumyślnie i chyba całkiem rozsądnie.

Nawet jeśli mylę się, to przecież nic z tego nie wynika - najgorszą z możliwych konsekwencji będzie konieczność powtórki materiału i zaliczenie go w środę. I tak zbiorcza za tydzień, więc to tylko dodatkowa motywacja. Poza tym muszę przestać stresować się, bo czuję, jak znosi to moje ciało, jak wariuje moje serce...

To był dobry dzień. Życzę Ci więc dobrej nocy. Jutro będę nieosiągalny.
Twój Przyjaciel - M.

niedziela, 7 lipca 2013

Wakacje? A co to takiego?

Korzystając z wytchnienia 7 dnia wakacji, ( aż dziw mnie bierze, że to pisze) po długim czasie mojej nieobecności na blogu, ponieważ nie mam zwyczaju zwierzać się z każdej najmniejszej sprawy na papierze ( w tym przypadku elektronicznym). Piszę jedynie wtedy, gdy poczuwam się do napisania sprawy istotnej, mającej dla mnie ważne znaczenie. Sprawy godnej podzielenia się oraz godnej przeczytania.
Ku uciesze nawet mnie samego ten czas nastąpił. Właśnie teraz.

      Zacznę od tytułowych wakacji. W życiu nastąpił już ten etap, gdy się ich nie czuje. Może to za sprawą tego, że zacząłem praktyki natychmiast po zakończeniu sesji. Nieważne. W każdym razie to już nie te wakacje co rok temu i wcześniej. Wtedy były to 2 miesiące luzu, rozmyślania tylko, gdzie spędzę dzisiejszy wieczór, grania na konsoli. Zupełnie inne podejście mam teraz. Nastawione na samorealizacje. Rozpisana lista rzeczy do zrobienia. Wysoko postawiłem sobie poprzeczkę i ledwo wiąże koniec z końcem. Staram się jak mogę. Wychodzi mi na razie rewelacyjnie.

     Wszystko to spowodowane jest przemyśleniami na temat samego życia. Największą wartość jaką posiadamy: jest nie to co mamy, lecz to co umiemy, co wiemy. Czymże będę więcej, gdybym stracił cały dobytek materialny? Myślałem o tym długo. Jedynie ciężką pracą można uczciwie do czegoś dojść, zwłaszcza wtedy, gdy na wszystko co chcemy osiągnąć musimy zapracować sobie sami.

     Po takich rozkminach doszedłem do wniosku. Najważniejsze są zdrowie, wiedza i umiejętności. Koniec z niezdrowym odżywianiem, przepuszczaniem czasu na grach na konsoli. Czas na siłownie, zdrowe jedzenie, gre na gitarze, książki! Oczywiście imprez sobie  w wakacje nie żałuję. Każdy weekend staram się spędzać raczej hucznie ale nie zapominając o wyżej wymienionym zdrowiu organizmu! :D
Uwielbiam swoją okolicę. Zwłaszcza latem, kiedy przypomina dosłownie jakąś śródziemnomorską mieścinę w centralnej części Toskanii. Jest tu cudownie. Teraz pisząc te słowa siedzę pod parasolem, patrząc na drzewa i cudowne kwiaty mojej mamy, które nadają właśnie tego Toskańskiego uroku. Aż chce się żyć. Co gorsza nic nie robić :P Dlatego podwójny wysiłek wkładam, aby zmotywować się do czegoś. To w końcu wakacje!

   Przejdę teraz do nowości w moim życiu jaką są praktyki lekarskie. Słuchając rady ojca wypłynąłem na głęboką wodę. Oddziałem jaki wybrałem był oiom w wojewódzkim specjalistycznym szpitalu. Nie sklada się on z jednej czy dwóch sal z pacjentami, których można policzyć na palcach jednej ręki. Gdy w piątek dobiegłem z wózkiem reanimacyjnym na izbę przyjęć, pewien sanitariusz nie znając mojej twarzy spytał czy jestem praktykantem. Odparłem twierdząco. On z niedowierzaniem spytał, czy ktoś mi kazał konkretnie ten oddział wybrać czy sam go wybrałem. Odparłem, że sam. (ojciec mi tylko sugerował, że też zaczynał od oiomu) Z szeroko otwartymi oczyma powiedział, że mnie podziwia.

   Zacznę jednak od początku. Praktyki zacząłem od 1 lipca. Od mamy dostałem lekarskie drewniaki. Z resztą całkiem ładne. Fartuch swój. Spodnie jasne, jednak zwykłe. W plecaku skrypt z histologii. Wzięty z myślą o nauce w czasie wszeobecnej nudy i braku roboty. Taaaa. Tak właśnie myślałem. Po pięciu dniach praktyk, przeczytałem 6 stron. To nie jest żart, ani lenistwo. Po prostu nawał pracy. Kolejne dwie ręce które wniosłem swoją osobą, widocznie się przydały.

  Pierwszą rzeczą jaka mi się spodobała, była chęć przekazania wiedzy przez lekarzy ( w głównej mierze anestezjologów, dyżurujących na oddziale, jednakże przewijali sie neurochirurdzy, gastrolodzy, neurolodzy, laryngolodzy) Każdy tłumaczył mi przyczyny urazu, sposoby profilaktyki, to co będzie zaraz robił. Wiedzą, którą posiadłem poprzez słuchanie krótkiego wykładu jest bezapelacyjnie bardziej wchłaniana. Pamiętam wszystko. Co to drenaż Redona, jak wygląda cięcie rybiej paszczy, jak podczas szycia pomagać sobie peanem.
Doktor jak zobaczył mój czyściutki strój zabrał mnie na blok i dał mi strój zabiegowy. Powiedział, że lepiej swoje zostawić, żeby nie brudzić, bo czasem może być brudno. Nie drążyłem tematu. Teraz już wiedziałem, że chodziło o krew i różne wydzieliny. Nie będę rozpisywał o umiejętnościach które posiadłem w ciągu tych pięciu dni. Oddychanie za pomocą Ambu , osłuchiwanie klatki piersiowej w celu ustalenia symetryczności napowietrzania oskrzeli głównych, EKG to zakładałem w 20 sekund :D Z pobieraniem krwi nie ma problemu, bo na oiomie krew do badań pobiera się od każdego pacjenta co dwie godziny, potem ubierałem nowe rękawiczki i fruuu do laboratorium, widziałem tomograf komputerowy IV generacji. Jak doktor mnie prowadził i spytałem, jakiej generacji to jest tomograf, to parsknął śmiechem. Odparł, że nie obchodzi go jego generacja. Ważne jest żeby robił swoje zadanie. Bardziej się nie mogłem zgodzić. Dwa razy USG, raz musiałem asystować podczas wkłuwania do tętnicy szyjnej. Resektomie gruczołu sterczowego widziałem. Specjalnie dla mnie użyto kamery, żeby pokazywać, co tam się dzieje w środku. Używaliśmy USG Dopplerowskiego. Dzięki katedrze biofizyki, mogłem wyprowadzić wtedy wzór na kąt padania i odbicia dźwięku i napisać go markerem na ziemi albo na ścianie... I o tym chcę też napisać.
    Mianowicie nauczanie nie ma nic wspólnego do tego co dzieje się w szpitalu. Na pewno na tym oddziale, gdzie co drugi pacjent ma podawaną dopaminę, czy noradrenalinę by utrzymać go przy życiu. Dziś w weekend wiem, że niektórych pacjentów spośród tych, których widziałem w piątek, w poniedziałek już nie zastanę. Tak samo na izbie przyjęć. Tamtejsza wiedza medyczna to jest rdzeń, filar. Wiedza teoretyczna rutynowo przekształcona w wiedzę praktyczną.
    Nie chcę wdawać się politykę, ale wiele bym zmienił w nauczaniu. Nie mam jednak nic do gadania. Mądrzejsi podejmowali decyzję. Być może zbyt konserwatywne. Ja jestem jednak liberalny wobec zmian. Jednak nie moja tu rola. Ja tu tylko sprzątam ( i się uczę ).
Praktyka lekarska, którą aktualnie odbywam jest dla mnie zwieńczeniem tego roku studenckiego. Jest owocem pracy. Wiele osób załatwia sobie wpis i nie chodzi zupełnie. Wiele, przychodzi na 8 i w domu jest o 12 nie mając co robić w dyżurce. Ja wybrałem się na głęboką wodę, ale jak to mówią najdalej mam do dna :)
Sprawdziłem w ten sposób również, czy nadaję się do tego zawodu. Prawie zjechałem gdy trzymałem bronchoskop podczas tracheostomii. Potem mi powiedziano, że jak na pierwszy raz to i tak się spisałem, bo widać było, że barwę miałem porcelany :) Pierwszy raz jest najcięższy. To samo tyczy sie, gdy w czwartek po raz pierwszy na własne oczy widziałem pierwszy raz w życiu odejście człowieka. Zgon. Moje tętno wynosiło chyba ze 140. Nie wiedziałem co robić, patrzyłem tylko jak puls i ciśnienie człowieka malało do zera. Potem nastała cisza. To było straszne, że nie dało się nic zrobić. Można było tylko stać i patrzeć.
Jak to Karolina powiedziała: " będziesz miał szybki kurs dojrzewania ". Trafiła w sedno.

    Jutro zdaję ćwiczenia z histologii o 11. Nie wracam do domu. Jadę prosto na oddział i siedzę do wieczora. Na pewno nie będę próżnował.


Reasumując. Po tym co widziałem, stwierdzam, że życie jest zbyt kruche, żeby siedzieć w domu, do poduszki chować majątek na czarną godzinę. Nie jestem oczywiście zwolennikiem konsumpcjonizmu narzucanego przez Stany Zjednoczone. Ważne jest, żeby poznawać nowe rzeczy, podróżować, poszerzać wiedzę, próbować nowości, nowych smaków, nabywać umiejętności i szanować swoje życie, pielęgnować znajomości ( z czym aktualnie mam problem ze względu braku czasu).

Na pewno coś napiszę jeszcze w lipcu. Mam zamiar napisać notkę o całych praktykach. Wiele to będzie dla mnie znaczyło. Będę to pisał dla samego siebie. Potraktuje to jako pamiętnik z moimi poglądami. Jestem ciekaw, czy gdy wróce do tego za kilka lat. Być może po studiach, to czy moje priorytety i ambicje ulegną zmianie.